Bracia Gancarczykowie jeszcze "odpalą"?

autor: Artur Długosz | 2012-01-30, 21:14 | źródło: inf. własna |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Kiedyś Janusz i Marek Gancarczyk brylowali w Śląsku Wrocław. Ten pierwszy po odejście z Wrocławia w żadnej drużynie na dłużej nie przebił się do podstawowego składu. Teraz jeden jest bez klubu, a drugi go szuka, bo w Śląsku już go nie chcą.

Marek i Janusz Gancarczykowie, bo o nich mowa, swoje pierwsze piłkarskie szlify zbierali w Oławie, w barwach miejscowego MKS-u. Głośno o nich zrobiło się w momencie, gdy trafili do II-ligowego wówczas Górnika Polkowice. Koszulkę polkowickiego zespołu jako pierwszy założył rok starszy, Marek. Z początku nieśmiały, skryty, szybko zaaklimatyzował się w nowym zespole i zdobył sympatię kibiców. Po dwóch latach dołączył do niego Janusz i to właśnie oni wspólnie z Kamilem Witkowskim stanowili o sile ofensywnej Górnika. Ich dobra gra została dostrzeżona m.in. przez Ryszarda Tarasiewicza, który myślał nawet o sprowadzeniu ich do Jagiellonii Białystok. W międzyczasie pojawiały się informacje o rzekomych ofertach z Odry Wodzisław i Cracovii. Po karnej degradacji polkowickiego klubu, obaj jednak postanowili pozostać na Dolnym Śląsku i reprezentować barwy wrocławskiej drużyny.

Z obydwoma piłkarzami wiązano spore nadzieje. Ci początkowo mieli problemy z grą w pierwszym składzie, ale potem rzeczywiście pokazali, że są nietuzinkowymi zawodnikami i w końcu z drużyną z Wrocławia, prowadzoną przez "Tarasia" awansowali do Ekstraklasy.

W niej brylował zwłaszcza Janusz. Marek często zmagał się z poważnymi kontuzjami, ale o tym później. Po skrzydłowego WKS-u, który popisywał się przebojowymi rajdami zaczęły się zgłaszać inne drużyny. Jemu dodatkowo kończył się kontrakt. - Mam nadzieję, że na wiosnę zagram we Wrocławiu. Jak podpiszę kontrakt to będę w Śląsku, jak nie podpiszę to widocznie się nie dogadam i moje losy potoczą się inaczej - mówił Janusz w grudniu 2009 roku. Był wówczas reprezentantem Polski.  Z wrocławianami piłkarz się jednak nie dogadał. Swoje do sprawy dorzucił menadżer i stało jasne - Janusz dłużej we Wrocławiu nie zostanie. Trafił do Polonii Warszawa w której dzieli i rządzi Józef Wojciechowski. Początkowo miał przenieść się tam dopiero po zakończeniu sezonu, ale Tarasiewicz od razu stwierdził, że piłkarz może co najwyżej biegać po parku, bo z pierwszą drużyną, ani z Młodą Ekstraklasą trenować nie będzie. Ostatecznie jednak oba kluby się dogadały. Gancarczyk później na łamach prasy mówił, że w Śląsku czuł się niedoceniany, a nowa umowa złożona przez Śląsk była nie do zaakceptowania.

Polonię prowadził wtedy Jose Maria Bakero. Gdy piłkarz przyjechał później z Czarnymi Koszulami na Oporowską został przez fanów WKS-u wygwizdany. - Wygwizdali jacyś co chyba nigdy nie byli na meczu Śląska, jak ja grałem. Nie wiem dlaczego tak zrobili - mówił w rozmowie z portalem SportoweFakty.pl. Polonia nie grała jednak tak, jak wymagał od niej jej właściciel. Zwalniał trenerów, a Gancarczyk grał coraz mniej. - Nikt nie przewidywał, że tak się potoczy to wszystko. Przyszedłem do Polonii z myślą, że jest dobry trener Bakero. Na początku wszystko układało się po mojej myśli, jednak wiadomo jaka stała się Polonia, gdzie trenerzy zmieniali się jak rękawiczki. Nie u każdego miałem miejsce. Na pewno nabrałem trochę doświadczenia, bo siadłem na ławce i to mnie trochę nauczyło, że nie zawszę będę grał w pierwszym składzie tak, jak to bywało w Śląsku. Trochę się nauczyłem, ale nie rozegrałem zbyt dużej ilości meczów - wyjaśniał piłkarz.

- U trenera Bakero w większości grałem, u Pawła Janasa też na początku grałem, później różnie bywało. U Theo Bossa też to było różnie. Wchodziłem z ławki, grałem w pierwszym składzie - tak na zmianę. Później chwilę był trener Stokowiec to zagrałem z 20 minut. Trener Zieliński dał mi tak naprawdę tylko 30 minut w jednym meczu - dodał.

Stało się więc jasne, że Janusz Gancarczyk z Polonii odejdzie. To, gdzie trafił, zszokowało wszystkim. Nowym pracodawcą pochodzącego z Oławy piłkarza zostało... KGHM Zagłębie Lubin. - Jestem tam gdzie mnie chcą, a nie tam, gdzie sentyment. Nie miałem za bardzo propozycji. Najkonkretniejsza była z Zagłębia i ją wybrałem. Trener mnie chciał także to jest najważniejsze - wyjaśniał zawodnik.

Problem jednak w tym, że tego piłkarza nie przyjęli zbyt miło kibice Miedziowych. - - Pochodzę z Oławy, gdzie jest fan club Śląska. Mam kolegów kibiców Śląska, sam mogę powiedzieć, że też jestem kibicem Śląska. Ci co mają wiedzieć dlaczego przeszedłem do Zagłębia to wiedzą, bo z nimi rozmawiałem. To jest mój zawód i przyszedłem się rozwijać. Gram teraz dla Zagłębia i będę chciał prezentować się jak najlepiej - zaznaczył skrzydłowy po podpisaniu kontraktu. Z klubem z Lubina związał się trzyletnią umową. Miedziowi nie zapłacili za niego ani złotówki, ponieważ rozwiązał on swój kontrakt z Polonią Warszawa.

Od Gancarczyka na starcie wymagano więc zdecydowanie więcej niż od innych. Problem był jednak taki, że lubinianie w T-Mobile Ekstraklasie prezentowali się fatalnie. Gromy spadały też na samego Gancarczyka. W meczu ze Śląskiem Wrocław na boisku występował on w koszulce bez herbu Zagłębia. To był oczywiście przypadek, bo ten oderwał się we wcześniejszym spotkaniu. Ktoś czegoś nie dopatrzył i piłkarz w meczu z znienawidzonym przez kibiców z Lubina Śląskiem zagrał bez herbu. Padło akurat na tego, którego wielu utożsamia właśnie z drużyną z Wrocławia. Nie pomogło to, że po jego akcji lubinianie strzelili bramkę, bo Zagłębie cały mecz przegrało 1:5.

Do przerwy zimowej klub z Lubina zbytnio nie poprawił swojej gry i rok 2011 zakończył na ostatniej pozycji w tabeli. Wiadomo było, że w Lubinie dojdzie do czystek. I takie się też nastąpiły, a jedną z ich ofiar był właśnie Janusz Gancarczyk, który wraz z Błażejem Telichowskim, Dominykasem Galkeviciusem i Maciejem Małkowskim został odsunięty od składu przed meczem z Lechem Poznań. Teraz w drużynie ostał się jedynie Małkowski. Pozostała trójka w Lubinie nie ma już czego szukać. Tak dobiegła końca przygoda Janusza Gancarczyk z KGHM Zagłębiem Lubin.

Zagłębiu w tym sezonie wyraźnie nie szło

Marek Gancarczyk w przeciwieństwie do swojego brata od momentu transferu z Polkowic nie ruszał się z Wrocławia. Miał on różne momenty w Śląsku. Wiele oczekiwano od nim po tym, jak ze Śląska do Legii odszedł Krzysztof Ostrowski. I rzeczywiście, w meczu z Polonią Bytom starszy z braci Gancarczyków zanotował trzy asysty. - Jestem pomocnikiem, obym dogrywał piłki partnerom, żeby oni strzelali. Jeżeli mi się uda strzelić bramkę, to będę się jeszcze bardziej cieszył - mówił zadowolony piłkarz w marcu 2009 roku. Po drugim wiosennym meczu chwalił go Ryszard Tarasiewicz. - Myślę, że z meczu na mecz nabierze większej pewności - komentował szkoleniowiec. Wszystko układało się dobrze do momentu w którym piłkarz doznał kolejnej kontuzji. Stało się to w potyczce z Koroną Kielce, 19 września 2009 roku. Diagnoza była brutalna - zerwane więzadła poboczne i uszkodzone więzadła krzyżowe w prawym kolanie. Wiązało się to z długą przerwą z kontynuowaniem kariery. Piłkarza z drużyny z Wrocławia nie wyrzucono nawet i wtedy, gdy zaczęło być o nim głośno w związku z aferą korupcyjną. - Dla mnie Marek to w pewnym sensie ofiara systemu, wciągnięta w korupcyjną machinę w młodym wieku - tłumaczył Piotr Waśniewski, prezes WKS-u.

Rozbrat skrzydłowego Śląska z piłką trwał niemal 8 miesięcy. Wrócił do gry podczas spotkania z Wisłą Kraków w kwietniu 2010 roku. Swoje zdrowie Gancarczyk zawierzył krakowskiemu fizjoterapeucie, Filipowi Pięcie, którego piłkarze w Polsce nazywają "Chirurgiem bez skalpela". - Rehabilitowałem się u Filipa Pięty, który mi bardzo pomógł. Dzięki niemu wróciłem najszybciej, jak mogłem - wyjaśniał. Powrót Gancarczyka do gry zbiegł się z inną wesołą dla niego nowiną. Po długich negocjacjach i przedłużającym się okresie niepewności w sprawie swojej przyszłości we wrocławskim klubie, przedłużył on kontrakt z WKS-em - do czerwca 2012 roku. - Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo ciężkie. Wszystko przez poważną kontuzję. Na szczęście trener i prezes cały czas mnie zapewniali, że mimo kontuzji i kończącego się kontraktu nadal widzą mnie w Śląsku - podkreślał zadowolony piłkarz.

Później w Śląsku nastała jednak era Oresta Lenczyka. W pewnym momencie ten doświadczony szkoleniowiec, w potyczce z sparingowej z Bohemiansem 1905 Praga tego znanego z walorów ofensywnych zawodnika wystawił na prawej stronie defensywy. - Kilka razy mi się zdarzyło grać na tej pozycji, ale było to jeszcze w trampkarzach MKS-u Oława. Od tamtej pory byłem ciągle przesuwany do przodu - komentował zawodnik. Piłkarz potem dostawał coraz mniej szans na grę. - Chciałbym grać regularnie w pierwszym składzie. Trzeba zapytać trenera czy on w ogóle będzie mnie widział w drużynie czy nie. Ja staram się pracować jak najlepiej na treningach i tyle. Wszystko zależy od trenera Lenczyka. Jeżeli on nie będzie mnie widział w składzie, a pojawią się jakieś oferty to nie wiem, trzeba będzie chyba pójść tam, gdzie jest większa szansa gry - mówił piłkarz pod koniec 2010 roku. Został w Śląsku. W rundzie wiosennej w 2011 roku regularnie pojawiał się w składzie, na boisku zazwyczaj przebywał od pierwszej minuty. Bramek jednak nie strzelał.

Jesień w sezonie 2011/2012 była już jednak zupełnie inna. Marek Gancarczyk co prawda wystąpił w pierwszym spotkaniu w eliminacjach do Ligi Europejskiej z Dundee United, lecz potem zaczął grywać coraz mniej. W T-Mobile Ekstraklasie rozegrał zaledwie trzy mecze i to nie w pełnym wymiarze czasowym. Wiele razy nie łapał się nawet do kadry meczowej. Strzelił tylko jednego gola, ale i tak tylko w Młodej Ekstraklasie. Zimą stało więc jasne, że piłkarz, któremu za pół roku kończy się kontrakt w klubie, raczej z zespołem z Wrocławia się pożegna. - Oficjalnie już mogą inne kluby ze mną rozmawiać - mówił w styczniu tego roku. Zainteresowanie nim ponoć wyrażały różne kluby. - Są to drużyny z Ekstraklasy i z zagranicy - wyjaśniał sam główny zainteresowany.

- Jestem trochę tutaj w Śląsku i jeżeli się pojawi jakaś konkretna oferta to trzeba będzie odejść. Nie wiem jakie jest nastawienie co do mojej osoby u trenera, ale... Trzeba się spytać trenera czy on będzie mnie jeszcze tutaj chciał. Na 90 procent będę musiał odejść z klubu - powiedział portalowi SportoweFakty.pl Marek Gancarczyk przed wyjazdem na obóz do Spały.

Piłkarz do Spały pojechał, potem zagrał w dwóch sparingach WKS-u i... wszystko wskazuje na to, że na tym jego przygoda w Śląsku dobiegła końca. Na zgrupowanie Śląska Wrocław na Cypr starszy z braci Gancarczyków już się nie udał. Od klubu z Wrocławia dostał wolną rękę w poszukiwaniu nowego klubu. Wszystko wskazuje zatem na to, że zmieni pracodawcę. Nieoficjalnie mówi się, że interesują się nim kluby z Wysp Brytyjskich.

Marek Gancarczyk w sparingu z Termalicą Bruk-Bet Nieciecza. Jeden z jego ostatnich występów w barwach Śląska?

Jak potoczą się dalsze losy braci Gancarczyków? Tego nie wie nikt. Talentu na pewno nie można im odmówić. Wydaje się, że karierę młodszemu pokrzyżowało to, że w kluczowym momencie odszedł ze Śląska. Drugi zmagał się natomiast z licznymi kontuzjami. Czy jeszcze zobaczymy ich przebojowe rajdy skrzydłami na boiskach T-Mobile Ekstraklasy? Tego nie da się wykluczyć. Chętnych na ich zatrudnienie zapewne kilku się znajdzie. Czy razem zagrają jeszcze w jednym klubie? - Ja pójdę w swoją stronę, a Janusz pewnie w swoją. Każdy jest kowalem swojego losu - skomentował Marek Gancarczyk. Co się z nimi stanie to już czas pokaże. Być może jeszcze zaistnieją w poważnej piłce nożnej, a na sam koniec kariery wrócą do rodzinnej Oławy, by wraz ze swoimi braćmi reprezentować barwy lokalnego klubu. W końcu, każdy jest kowalem swojego losu...

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Powiązane artykuły

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.

Ostatnie komentarze

Sortuj:
Seba169

Pamiętać powinni wszyscy. Bramka sezonu.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
Sawczenkos

Kiedyś się zapowiadali jakoś fajnie, ale teraz? Wielkiej przyszłości ani jeden, ani drugi już nie ma. Wiek robi swoje. Kto pamięta bramkę Marka Gancarczyka z meczu z Lechią?

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 2
syriusz

Bardzo szczegółowy i dobrze napisany tekst. Pogratulować wytrwałości i konsekwencji autorowi, bo napracował się chłopak niemiłosiernie. Widać siedzi w temacie i obu więcej takich prac pojawiało się w najbliższym czasie.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 1