Daniel Ludwiński: Play it again, Lance!

autor: Daniel Ludwiński | 2009-05-10, 08:00 | źródło: inf. własna |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Ruszyło Giro. Rzadko która edycja wywołuje tak wielkie emocje i nie chodzi tu o fakt, że odbywa się w stulecie tej pierwszej. Magnesem przyciągającym fanów kolarstwa do narodowego wyścigu Włochów jest oczywiście start Lance'a Armstronga. Amerykanin to jeden z moich sportowych herosów, idoli którym kibicuję od lat, więc z tym większą uwagą będę śledził wyścig.

Oglądając pierwszy etap zastanawiałem się raz jeszcze nad powrotem legendy kolarstwa do zawodowego sportu. I doszedłem do wniosku, że tak naprawdę w świadomości przeciętnego kibica ten powrót zapisać się może tylko jako wielki triumf, lub jako wielka porażka. Pozornie ciężko o coś innego niż skrajności, o opinie typu "było całkiem nieźle", gdyż w przypadku wielkich mistrzów oczekuje się od nich właściwie wyłącznie kolejnych zwycięstw i każdy inny wynik niż bardzo wysoka lokata traktowany jest jako klęska. I tak też będzie zapewne z Lance'm Armstrongiem – jeśli wygra jego blask będzie jeszcze większy, a zachwyty nad nim znów nie będą miały końca. Jeśli zaś będzie daleko – rozpocznie się gorączkowe analizowanie przyczyn porażki i konkluzją będzie stwierdzenie w stylu "They never come back", znane doskonale ze świata boksu, gdzie przez lata używane było do kwitowania powrotów ponad 40-letnich byłych mistrzów, które to kończyły się zwykle nokautami i powtórnym zakończeniem kariery, tym razem już w niesławie.

Problem w tym, że kolarstwo jest bardziej złożone i każdy, nawet słabszy zawodnik, ma w peletonie swoje określone zadanie, co sprawia, że nietrudno o niewłaściwy werdykt. Sam dobrze pamiętam z poprzednich edycji Giro d'Italia, jak w mediach pojawiały się informacje o "kolejnym słabym etapie w wykonaniu Sylwestra Szmyda". Nasz zawodnik zajmował bowiem np. trzydziestą lokatę i rzeczywiście w klasyfikacji łącznej nie walczył o triumf, ale przecież na trasie etapu robił to, co do niego należało – jechał na swojego lidera, który następnie był bardzo wysoko. Polak zaś, zmęczony w końcówce, dojeżdżał nieco dalej, ale w drużynie wypracował sobie w ten sposób dobrą pozycję i jest dziś cenionym zawodnikiem. Niestety, u nas nierzadko kompletnie tego nie rozumiano i stąd komentarze o słabym wyniku. Dlaczego przypominam tu Szmyda, który nawiasem mówiąc jedzie również w tegorocznym Giro?

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że liderem Astany, grupy Armstronga, jest jego rodak Levi Leipheimer. Już w ostatnim wyścigu przed rywalizacją we Włoszech siedmiokrotny zwycięzca Tour de France pomagał koledze z drużyny, choć i tak nie przeszkodziło mu to w zajęciu dobrej pozycji. Wyniki Armstronga z całego sezonu, niezłe, ale nie rewelacyjne, nie powinny raczej rozbudzać wyobraźni, która w głowach tysięcy fanów kolarstwa podpowiada kolejny spektakularny odcinek kariery Armstronga. W iście filmowym scenariuszu Amerykanin oczywiście zwycięża i znów jest na szczycie. Życie zapewne zweryfikuje jednak taką możliwość; zresztą sam Armstrong przyznał już nieraz, że zdaje sobie sprawę z tego, iż nie jest tak mocny jak główni faworyci.

Tuż po ogłoszeniu decyzji o powrocie zapowiedział, że główny cel to istna misja, jaką jest promocja jego fundacji zajmującej się walką z chorobami nowotworowymi, choć zarazem zaznaczał, że skoro będzie się ścigał, to jak zwykle postawi sobie jak najwyższe cele. Teraz Amerykanin jest już bardziej powściągliwy, w międzyczasie leczył kontuzję będącą efektem kraksy, i ciężko będzie mu powalczyć o triumf. Armstrong w roli pomocnika Leipheimera? Wszystko wskazuje, że właśnie tak będzie, choć dla wielu wyobrażenie sobie Lance'a jako pomocnika kogokolwiek wciąż jest dość trudne. Dziś ciężko jednoznacznie powiedzieć jakie będzie to Giro w wykonaniu Armstronga, dotąd po powrocie startował już w kilku wyścigach, jednak żaden z nich nie był choćby zbliżony do tego we Włoszech ani rangą, ani poziomem trudności.

Osobiście chciałbym, aby wygrał etap, aby był widoczny i aby został sklasyfikowany na koniec jak najwyżej, niekoniecznie na pierwszej pozycji, bo to raczej nierealne, ale chociaż w czołowej dziesiątce. Pamiętam doskonale jego wszystkie zwycięstwa w Tour de France w latach 1999-2005 (to już dekada od pierwszego triumfu?!) i wiem, że tak naprawdę nie musi już nic udowadniać, bo swoje miejsce w historii sportu ma niezależnie od wyniku w Giro d'Italia 2009. Ale choć nie jest głównym faworytem mam cichą nadzieję, że na którymś z górskich etapów w swym starym dobrym stylu znów zaatakuje i zostawi rywali daleko za swymi plecami, jak dawniej. Play it again, Lance!

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Powiązane artykuły

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.