Zobacz wersję beta nowego serwisu www.SportoweFakty.pl
Zrobiło mi się słabo i ciemno przed oczami, a ból był nie do zniesienia - II część rozmowy z Ryszardem Dołomisiewiczem
autor: Mirosław Lewandowski, 2010-01-26, 12:00, źródło: inf. własna
skomentuj   komentarze (29)   drukuj artykuł        
W 1986 roku Ryszard Dołomisiewicz był już ukształtowanym jeździecko żużlowcem. Mimo, że przytrafiały mu się słabsze mecze, to właśnie w tym roku dane mu było zakosztować walki z najlepszymi żużlowcami globu.
Mirosław Lewandowski: Do sezonu ligowego w 1986 roku przystąpiłeś już jako pewny punkt drużyny...

Ryszard Dołomisiewicz: Trenerzy postawili na mnie od początku sezonu, a ja starałem się jeździć najlepiej, jak potrafię. Rzeczywiście ten sezon był dla mnie bardzo udany. W lidze byłem obok Bolesława Procha jednym z najlepiej punktujących zawodników Polonii. Oczywiście zdarzały się również słabsze mecze, jak np. w Lesznie (2 pkt. dop.red.).


Drużyna Polonii Bydgoszcz z lat osiemdziesiątych. Stoją od lewej: Ryszard Fabiszewski, Paweł Bukej, Ryszard Dołomisiewicz, Marek Ziarnik, Andrzej Maroszek, Zdzisław Rutecki, Ryszard Gabrych, Bolesław Proch, Ryszard Nieścieruk-trener


W parze z bardzo udanymi występami w lidze szedł również wynik indywidualny. Kibice z całej Polski wiedzieli już, kto to jest Ryszard Dołomisiewicz...

- Tak jak wspominałem wcześniej, w latach osiemdziesiątych najważniejsza była liga. Turnieje indywidualne służyły bardziej objeżdżeniu i nabieraniu doświadczenia. Trzeba jednak podkreślić, że te turnieje miały wtedy zupełnie inną rangę niż teraz. Na trybunach zasiadało średnio 15 tys. kibiców, a w zawodach brali udział żużlowcy jeżdżący na co dzień w pierwszych składach swoich drużyn. Tak było w wygranym przeze mnie dwudniowym finale Srebrnego Kasku, który odbył się w Gorzowie i Zielonej Górze.

Miesiąc później byłeś już najlepszym juniorem w kraju!

- Tak, to był finał Indywidualnych Mistrzostw Polski Juniorów, który odbył się w Toruniu.
Przegrałem w swoim drugim starcie z Dariuszem Balińskim z Unii Leszno. W pozostałych startach mijałem linie mety jako pierwszy. Chciałem tutaj podkreślić bardzo przyjazne zachowanie toruńskich kibiców. Mimo, że byłem zawodnikiem Polonii Bydgoszcz zebrałem tam duże brawa.

W międzyczasie trwały eliminacje do finału Indywidualnych Mistrzostw Świata...

- Eliminacje były dla mnie drogą przez mękę. Większość rund kwalifikacyjnych jeździłem z kontuzjami. W ćwierćfinale kontynentalnym w Bydgoszczy nie szło mi najlepiej. Jednak ostatecznie udało mi się awansować do półfinału, głównie dzięki pomocy Wojciecha Żabiałowicza.

Właśnie, żużlowiec Apatora Toruń przepuścił cię w waszym ostatnim wyścigu...

- Jak już wcześniej wspomniałem najważniejsze było wtedy dobro drużyny, wszystko jedno czy ligowej, czy narodowej. Trenerem kadry był wówczas były żużlowiec i szkoleniowiec Polonii Jan Malinowski. Tylko zwycięstwo dawało mi awans. Przed ostatnim biegiem trener poszedł na płytę boiska koło maszyny startowej. Wspólnie ustaliliśmy, że, jeśli będę jechał drugi, a Żabiałowicz pierwszy, to po trzecim okrążeniu Malinowski da znak podnosząc do góry rękę i wtedy Wojtek mnie przepuści. I rzeczywiście tak się stało. Z resztą Żabiałowicz, który był wtedy w niesamowitej formie, pomagał też innym żużlowcom startującym w tych zawodach.

W półfinale kontynentalnym w Loningo bez problemu zmieściłeś się w pierwszej ósemce. Od awansu dzieliły cię tylko jedne zawody, finał kontynentalny, który odbywał się w Wiener-Neustadt...

- Przed tymi zawodami miałem kilka upadków, a moja prawa dłoń była tak spuchnięta, że, nie byłem w stanie dobrze złapać manetki gazu. Oczywiście nie mogłem brać żadnych leków, bo badania krwi na obecność środków dopingujących mogły coś wykazać. Dzień przed finałem trenowaliśmy na bardzo suchym i twardym torze. Natomiast w dzień zawodów spadł deszcz i tor zmienił się w grzęzawisko. Niektórzy zawodnicy nie potrafili nawet złożyć motocykla w łuku. Przed zawodami okazało się, że Roman Cheładze, który był kierownikiem wyjazdu, został mianowany sędzią zawodów. Jeśli ktoś myślał, że dzięki temu będzie nam, Polakom łatwiej, był w dużym błędzie.

Rozumiem, że Roman Cheładze nie zamierzał pomagać "swoim"?

- Dokładnie! Przed zawodami, kiedy okazało się, że będzie sędziował ten turniej powiedział nam, że najlepszy z Polaków, bez względu na to, czy będzie w pierwszej ósemce, awansuje do finału IMŚ. W związku z tym, że finał odbywał się w Chorzowie, otrzymaliśmy jako organizator tzw. "dziką kartę". I Roman Cheładze powiedział, żebyśmy wybili sobie z głowy kradzież startów, bo on nas tak przytrzyma, że nie wygramy żadnego wyścigu. A trzeba podkreślić fakt, że przy ruchomym starcie zdecydowanie łatwiej można było oszukać sędziego i wystrzelić spod taśmy co najmniej pół motocykla przed rywalami.

Jak podziałała na was ta deklaracja sędziego?

- Wszyscy byliśmy niezwykle zmobilizowani a na torze rywalizowaliśmy ze sobą bez żadnych sentymentów. Najlepiej radził sobie Żabiałowicz, ja plasowałem się tuż za nim. Na początku tor był bardzo dziurawy. Od połowy zawodów zaczęło świecić słońce, tor z przyczepnego zmienił się w twardy. Dodatkowo ze zdartej gumy z opon na długości całego toru zrobiła się dwudziestocentymetrowa, niezwykle przyczepna smuga. Przed ostatnią serią starów ciągle miałem szanse na awans. Los znowu skojarzył mnie z Żabiałowiczem. Naszym rywalem był również Armando Castagna z Włoch. Miałem o tyle duże szczęście, że ta przyczepna ścieżka była właśnie na moim torze. Zwycięstwo w tym biegu było tylko formalnością.

A potem był finał w Chorzowie. Czy nie odczuwałeś w tych zawodach zbyt dużej presji ze strony działaczy i kibiców?

- Musze zacząć od tego, że jazda w finale IMŚ w Chorzowie była dla mnie czystą przyjemnością. Nie odczuwałem też żadnej presji ze strony kibiców. Z resztą ja nie byłem medialnym zawodnikiem i nie porywałem tłumów. Natomiast mój udział w tych zawodach zelektryzował wielu działaczy, co niekoniecznie dobrze wpłynęło na atmosferę w parkingu. Nie miałem właściwie żadnego wpływu na dobór własnej ekipy, co zaowocowało gorszym przygotowaniem sprzętu i co za tym idzie postawą na torze.

Zatrzymajmy się chwile przy sprzęcie. Czy w ogóle mogłeś wtedy równorzędnie rywalizować ze światową czołówką?

- Gdybym miał swój team w parkingu i trochę więcej czasu na przygotowanie silnika, to motocykl na którym startowałem mógł mi zagwarantować miejsce na podium. Tymczasem jak już wspomniałem, nie miałem na to żadnego wpływu. Jan Malinowski, który był znakomitym trenerem nie znał mnie, ani moich motocykli i mimo swojej ogromnej wiedzy niewiele mógł mi pomóc. Ostatecznie skończyło się na zdobyczy 6 punktów i 11 miejscu. Nie udało się wygrać żadnego wyścigu, choć w swoim ostatnim starcie prowadziłem przez niemal połowę dystansu. Jednak cwaniactwo i większe objeżdżenie Sama Ermolenki wzięło górę i ostatecznie wyprzedził mnie na trasie.

Podczas relacji telewizyjnej z tych zawodów kibice zobaczyli rozmowę z tobą. Podczas wywiadu mówiłeś krótko i na temat nie patrząc w ogóle w stronę kamery. Czy miałeś jakieś konkretne ustalenia co należy mówić?

- Polski Związek Motorowy i Główna Komisja Sportu Żużlowego nie dawali wytycznych co do wywiadów. Naciski na to szły z klubu, ponieważ Polonia był klubem milicyjnym. Raz w tygodniu prowadzone były tzw. "godziny wychowawcze", które przygotowywały nas do publicznych wystąpień. Chodziło o to, żeby w wywiadach nikogo nie obrażać. Oprócz zwrotów grzecznościowych należało również pomijać sprawy polityczne, żeby nie rzucić negatywnego światła na np. milicję.

W parze z osiągnięciami indywidualnymi szedł również sukces drużynowy. W 1986 roku Polonia Bydgoszcz zajęła drugie miejsce w rozgrywkach ligowych

- To był mój pierwszy drużynowy medal i o mały włos byłby złoty. Niestety przegraliśmy ostatni, decydujący mecz ze Stalą Gorzów. Porażka była tym bardziej bolesna, że jeździliśmy na własnym torze. W 15 biegu, który wystarczyło zremisować przegraliśmy 1 do 5. Nasze potknięcie wykorzystał rywal zza miedzy, Apator Toruń, który w ostatniej chwili wydarł nam ten tytuł. Jednak rok 1986 dał wyraźny sygnał, że drużyna z Bydgoszczy jest coraz mocniejsza. Z resztą w kolejnych dwóch latach Polonia sięgała po kolejne medale DMP. W 1987 roku zdobyliśmy kolejne srebro, tym razem za Unią Leszno, a rok później brąz.

Kibicom Polonii szczególnie mocno utkwił w pamięci mecz w Bydgoszczy z Unią Leszno w 1988 roku i zdarzenie z Janem Krzystyniakiem, który po przegranym wyścigu kopnął cię w kontuzjowaną nogę. Jak wspominasz tą sytuację?

- To był niezwykle trudny mecz. Jeździłem wtedy ze złamaną lewą nogą. Z tego powodu Wcześniej nie dopuszczono mnie do jednej z eliminacji światowych. Jednak w lidze nie miałem już żadnych przeciwwskazań do jazdy. Na szczęście była to lewa noga, która w trakcie jazdy nie jest żużlowcowi do niczego potrzebna. Unia Leszno, która zmontowała wtedy prawdziwy "dream team" była zdecydowanym faworytem. Ich siła tkwiła w trzech znakomitych żużlowcach, Romanie Jankowskim, Zenonie Kasprzaku i Janie Krzystyniaku. Ten ostatni był już bardzo doświadczonym żużlowcem, m.in. wicemistrzem Polski. W jednym z wyścigów startowałem w parze z Jackiem Gomólskim, właśnie przeciwko Krzystyniakowi. Gdybyśmy go zremisowali, Unia mogłaby wygrać całe spotkanie.

Czy przed tym wyścigiem ustalaliście z Gomólskim jakąś specjalną taktykę?

- Taktyka była ustalana przed każdym wyścigiem. Polonia stanowiła wtedy prawdziwy zespół. Jacek Gomólski mimo, że sam nie osiągnął dobrego wyniku, potrafił jechać drużynowo i ryzykował stratą swojej pozycji na rzecz wyniku drużyny. Wygrałem start, zamknąłem Krzystyniaka przy krawężniku i przejechałem pierwszy łuk najwolniej jak się dało. Na prostej również go zablokowałem i spowolniłem, dzięki czemu Gomólski wyszedł na prowadzenie i wyprzedził mnie o długość motocykla. Następnie cały wyścig uważałem na to, żeby nie dać się wyprzedzić. Jak trzeba było zamknąć go przy krawężniku to zamykałem, jak atakował mnie szeroko, to wynosiłem się na zewnątrz. Chwilami ocierałem się swoim przednim kołem o tylne koło Gomólskiego, po to, żeby piekielnie szybki Krzystyniak nie mógł nas wyprzedzić. A był na tyle szybki, że wystarczyło 5 cm. luzu i z pewnością wślizgnąłby się między nas. Po zakończeniu biegu zdenerwowany Leszczynianin podjechał i kopnął mnie w złamaną nogę. Pamiętam, że w tej chwili zrobiło mi się słabo i ciemno przed oczami, a ból był nie do zniesienia. Zjechałem do parkingu, odsiedziałem swoje, ból minął i szykowałem się do swojego następnego biegu.

Pod koniec lat osiemdziesiątych, dokładnie na przełomie 1989 i 1990 roku miałeś okazję startować w Australii...

- Zimą razem z Piotrem Świstem startowaliśmy w kilku turniejach towarzyskich w Australii. Okazuje się, że tam jeździ się na wszystkim i wszędzie (śmiech). Zawody to piknik rodzinny, który zaczyna się o godzinie 17, a kończy o 1 – 2 w nocy. Żużel jest tylko dodatkiem do różnych pokazów, parad i występów artystycznych. Odjeżdża się serie 4 wyścigów i na kolejne starty trzeba czekać około 30 minut.

Z ważniejszych osiągnięć indywidualnych należy jeszcze wspomnieć o zwycięstwie w turnieju o bardzo wdzięcznej nazwie - Puchar Pokoju i Przyjaźni

- Mimo śmieszności nazwy turniej ten umożliwiał juniorom z tzw. "demoludów" wybicie się i pokazanie szerszej publiczności. Jeździło się na wielu różnych torach, trzeba było odpowiednio przygotowywać motocykle, a obsada wcale nie była słaba. Nazwiska, takie jak Jan Holub, Georgij Petranov, Robert Nagy, czy Oleg Kurguskin nie były obce kibicom żużla nie tylko w Polsce.
skomentuj   komentarze (29)   drukuj artykuł        
wasze komentarze (29)

Majonez

2010-01-27 14:58:40

Pamiętam ten mecz.Byłem wtedy w Bydgoszczy.Krzystyniak wtedy został wykluczony do końca zawodów.Po jakimś tygodniu oglądałem też kasetę video z tego meczu.Śmieszne było to jak komentator zapowiadał jeden z następnych wyścigów w którym miał jechać wykl.Krzystyniak.Podał skład biegu .... BANDYTA KRZYSTYNIAK NIE JEDZIE Komentator też człowiek i też go ponoszą emocje :)


adams

2010-01-27 12:59:50

super komentarz napisal ''dawnej polonii fan'' do pierwszej czesci wywiadu."Dolek" byl super sportowcem ale pisanie ze przez Gollobow skonczyl kariere jest lekka przesada!Rysia wykonczyly kontuzje,najgorsza byla ta ostatnia z Rybnika.To wlasnie tam dzieki przytomnosci umyslu klubowego lekarza z Bydgoszczy,Dolek uciekl grabarzowi spod lopaty!o powrocie do sportu nie bylo juz mowy!ps.gdyby nie to ze klub polonia byl klubem gwardyjskim to Dolka juz na poczatku kariery nie byloby w Bydgoszczy...Tak nalezy rozumiec to co powiedzial...I gdy juz pojawili sie Gollobowie to tez byly oferty z innych klubow dla Dolka...Dlaczego z nich nie skorzystal?nie mial juz zdrowia!to byl duzy talent,ale kontuzje zabraly 50 procent ego sukcesow!


Feddy

2010-01-27 12:12:23

Puchar Pokoju i Przyjazni to było coś - zawody indywidualne,parowe w różnych krajach Bloku Wschodniego zapełniały każde trybuny i nie zawsze Polacy górowali w w konfrontacji z Wegrami Czechami czy zawodnikami radzieckimi,startowali nawet Bułgarzy i Rumuni


REKIN

2010-01-27 08:17:30

Też myślałem ,że Dołek zakończył karierę po upadku razem z Fliegertem na torze w Rybniku w chyba 1990 r. Czekam z niecierpliwością na kolejną część wywiadu z Ryszardem.Rybnik pozdrawia tego wielkiego żużlowca.


joe

2010-01-26 22:35:48

Panie "do dr dre" - widziałeś kiedyś Jarmułę na żywo? Ja widziałem dziesiątki razy i nie zgadzam się absolutnie z tą opinią! To sędziowie urobili mu taką opinię. Dostawał np ostrzeżenia za jazdę na jednym kole co wtedy było czymś niespotykanym, a dzisiaj jest normą.


gieras

2010-01-26 21:58:06

a kiedys tak sie krzyczalo:rysiu rysiu d rysiu dołek ole to byly czasy


realista Toruń

2010-01-26 21:50:57

A ja myślałem ,że dołek z Zabą się nie cierpieli.Nie raz oglądałem i przeciwko sobie na torze i muszę powiedzieć ,że się nie oszczędzali.A tu taka niespodzianka? I co teraz z tekstem: Dołek -matołek.???


ggfh

2010-01-26 21:49:49

ale po co sie czepiacie "malego"? przeciez wg mnie przez swoj smiech sam sie skompromitowal. smiejac sie z owczesnych realiow dal dowod iz tamtych czasow nie pamieta, wiec po co dyskusje z gowniarzem?


krobia

2010-01-26 20:30:47

o tym ograniczeniu to tyczylo sie malego


to juz wsztstko?

2010-01-26 20:29:33

mialo byc o stosunkach jakie panowaly na lini dolomisiewicz -golloby i o szybkim zakonczeniu kariery


krobia

2010-01-26 20:19:25

Ty jednak jestes okropnie ograniczony!!!!! SZACUNEK DLA "DOLKA".Pamietam jego jazde na Broniewskiego.Stary dobry speedway to byl.


Roo!

2010-01-26 19:50:25

Dziwne, że między zawodnikami, ba nawet zwykłymi kibicami, z Torunia i Bydgoszczy jest zwykle zgoda a nawet przyjaźń. Tylko durni kibole wprowadzają atmosferę wojny bez której nie umieją żyć(bo nie mają co ze swoim życiem robić).


IREK do dr DRE

2010-01-26 18:21:43

Krzystyniak urodził się w Zielonej Górze do żużla namówił go brat bliźniak Alfred,który z powodu kontuzji nie osiągnął tyle co Janek.To zielonogórzanin z krwi i kości.Obecnie mieszka pod Lesznem gdzie prowadzi stadninę koni.


do dr DRE

2010-01-26 16:46:49

Kiepskie pojęcie masz o żużlu i jego historii. Z Krzystyniaka żaden leszczynianin to po pierwsze. Po drugie akurat Krzystyniak jeździł czysto. Chamsko to się zachował już po wyścigu. Zenek Kasprzak też żadnym rozbójnikiem nie był. Najwyżej jak mu się coś nie podobało to rzucał motor i szedł przez całą murawę do parkingu (uwielbiałem to:) . Jak mamy już wymieniać prawdziwych bandziorów i chamów na torze to nasuwają się takie nazwiska jak: Jarmuła (wybitny zawodnik mimo to), stary Cieślewicz, Pawliczek, Kruk, Baliński.


kibic Polonii

2010-01-26 16:45:14

Pamiętam do dzisiaj ten mecz z Lesznem, kapitalne widowisko i takie tłumy na stadionie, że na schodach nie było miejsca. BYDGOSZCZ DZIĘKUJĘ DOŁKOWI


do kolegi co pisał do dr dre

2010-01-26 16:36:26

Uważasz że Krzystyniak postąpił wtedy fair?


kibic zuzla

2010-01-26 15:35:11

pozdrowienia z gorzowa niezapomne finalu mistrzost polski juniorow ja walczyles z piotrem swistem przez cztery kulka i co chwile ktos inny prowadzil teraz niema juz takich biegow


Białozielony

2010-01-26 14:43:17

Panie Ryszardzie. Częstochowa się nisko kłania i dziękuje.


Bydzia

2010-01-26 14:33:37

Wieki człowiek z wielkim sercem do dzisiaj,szkoda że taki pechowiec bo pewnie by był jednym z najlepszych na świecie i pomału kończył karierę ale życie było inaczej pisane a szkoda.Pozdrowienia wielkie Panie Ryszardzie Pamiętamy.


do maly

2010-01-26 14:28:46

Naucz sie czytać ze zrozumieniem a zrozumiesz, że piszesz głupoty.


do dr dre

2010-01-26 14:18:12

a najwieksza porazka w rapie jest DR DRE:) chciales napisac ze chyba najbardziej widowiskowo jezdzacy sa zawodnicy z leszna! Nawet nie masz dziecko pojecia jak Jasiu Krzystyniak jedzil bo wtedy robiles w pieluchy albo w ogole Cie nie było, nie osmieszaj sie wiecej


mały

2010-01-26 14:17:02

tarnów spadek, to pewne!


vsv

2010-01-26 13:55:52

W kolejnych częściach rozmowy z Ryszardem Dołomisiewiczem, które wkrótce przedstawimy, dowiemy się, jak dalej przebiegała kariera popularnego "Dołka". Wrócimy do lat osiemdziesiątych i do jego największych sukcesów indywidualnych i drużynowych. Dołomisiewicz zdradzi nam również, jak układała się współpraca z teamem Gollobów i dlaczego właściwie z dnia na dzień zdecydował się zakończyć karierę.


KUJAS

2010-01-26 13:50:30

pamietam mecz start- polonia z 1987. DOLEK byl nie do ugryzienia., JAK KTOS MA STATYSTYKI PKT Z OKRESU STARTOW RYSIA TO POPROSZE PISAC!


MAREK BDG

2010-01-26 13:42:25

mały jesteś skończonym debilem ! żal mi ciebie ty malutki człowieczku - SZACUNEK DLA DOŁKA !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Rysiu tylko przez tragiczny wypadek w Rybniku musiał skończyć karierę - nigdy nie pchał się na pierwszy plan - a proszę ZOBACZYĆ JAK WITAJĄ GO KIBICE NA STADIONIE PRZY ULICY SPORTOWEJ - MY KIBICE NIGDY CIĘ NIE ZAPOMNIMY - BYŁEŚ I NA ZAWSZE POZOSTANIESZ WIELKI !!!!!!!!!!!!!!!!!! to tyle w temacie - pozdrawiam wszystkich normalnych kibiców speedwaya w POLSCE .


Dr DRE

2010-01-26 13:21:43

Dziwne jest to, że zawsze najbardziej chamscy i niebezpiecznie jeżdżący byli i są zawodnicy z Leszna (Kasprzakowie, Krzystyniak, Baliński)...


maly

2010-01-26 13:10:54

Takie "godziny wychowawcze" sa do dzis norma w "Gwardyjskim" Klubie Nie? Hahaha!!----Naciski na to szły z klubu, ponieważ Polonia był klubem milicyjnym. Raz w tygodniu prowadzone były tzw. "godziny wychowawcze", które przygotowywały nas do publicznych wystąpień. Chodziło o to, żeby w wywiadach nikogo nie obrażać. Oprócz zwrotów grzecznościowych należało również pomijać sprawy polityczne, żeby nie rzucić negatywnego światła na np. milicję.


ARTEK

2010-01-26 13:09:50

Szkoda że w wywiadzie nie padła sprawa Dołomisiewicz vs Gollob widziane oczami Dołka.


Maciek

2010-01-26 13:05:01

Kapitalna seria wywiadów :). Czekam na kolejne części. To bardzo dobrze, że przeprowadza się wywiady z zapomnianymi, a przecież niegdyś wielkimi żużlowcami z krajowego podwórka.

Wybierz:
Bwin
Sportingbet
Stelmet Falubaz jest już po narciarskim obozie w Harrachovie. Treningi zawodników Drużynowego Mistrza Polski do sezonu 2012 idą pełną parą. Trener zielonogórzan, Rafał Dobrucki, jest zadowolony z przygotowań [...] czytaj »
Patronat SportoweFakty.pl

Partnerzy SportoweFakty.pl


Nigdy się nie spodziewałem, że kiedyś stanę murem za GKSŻ, ale akurat teraz stoję, bo ona pierwszy raz w swej historii i w historii PZM twardo ujęła się za pokrzywdzonymi żużlowcami - pisze Bartłomiej [...] czytaj »
Rune Holta przez wiele sezonów uchodził za naprawdę solidnego żużlowca. Poprzedni rok zachwiał jednak tą opinią w stosunku do Norwega z polskim paszportem. W barwach Unibaksu Toruń zanotował jeden z najgorszych [...] czytaj »