12 lutego - tego dnia zapłonął w Vancouver znicz olimpijski. Nie było jednak wybuchu radości, zazwyczaj goszczącego przy ceremonii otwarcia. Był za to smutek, chwile zadumy, flagi z czarną wstążką. Tuż przed rozpoczęciem doszło bowiem do tragicznego w skutkach wypadku na torze saneczkowym w Whistler. Na jednym z treningów zginął gruziński zawodnik Nodar Kumaritaszwili.
Jego śmierć położyła się cieniem na całe zawody. Wspominany był przy każdej okazji, a przy pamiątkowej tablicy w Whistler codziennie zbierały się tłumy i pojawiały się nowe znicze.
Smutnych momentów było więcej. Chociażby wypadek Petry Majdic tuż przed rywalizacją w biegowym sprincie. Słowenka mimo złamanych pięciu żeber zacisnęła zęby i wywalczyła brązowy medal. Została okrzyknięta bohaterką, nie tylko narodową.
Wewnętrzną tragedię przeżyła także łyżwiarka figurowa Joannie Rochette. Dwa dni przed rozpoczęciem rywalizacji zmarła jej matka. Kanadyjka postanowiła wystartować, a ci co byli obecni w Pacific Coliseum po jej programie dowolnym mieli gęsią skórkę. Brąz odbierała przy owacji na stojąco i ze łzami w oczach.
Igrzyska w Vancouver miały jednak również wspaniałe momenty. Polacy zaliczyli najlepszy występ w historii. Sześć razy stawali na podium, a raz, przedostatniego dnia, zagrano na cześć Justyny Kowalczyk Mazurka Dąbrowskiego.
Dla gospodarzy "biała olimpiada" miała nie tylko wymiar sportowy. Ten jednak zakończył się pełnym sukcesem. Jeszcze nigdy nie stawali tak często na najwyższym stopniu podium, ale nic nie byłoby istotne, gdyby nie sięgnęli po złoto w najważniejszej dla siebie dyscyplinie - hokeju. Gazety nawet dwa dni po zakończeniu zawodów o niczym innym nie piszą.
Ważniejszy jednak, według socjologów, jest wymiar społeczny. Przed igrzyskami nie brakowało sceptyków. Wielu było przeciwników, a argumentami sypali jak z rękawa. Twierdzono, że zainwestowane pieniądze nie zwrócą się. Na ostateczny bilans będzie trzeba jeszcze poczekać, ale mieszkańcy są zgodni - nic, poza olimpijską imprezą, nie wytworzyłoby w nich takiego poczucia jedności.
Za cztery lata olimpijski ogień zapłonie w Soczi, ale po nim coś w mentalności mieszkańców Vancouver pękło. Wewnętrzny płomień pozostał. Socjolodzy zastanawiają się na jak długo.
- Coś się stało i było to widoczne na każdym kroku przez 16 dni. Wybuchła swoista euforia, a społeczeństwo stało się ważnym składnikiem igrzysk. Nie tylko biernym widzem i obserwatorem, ale prawdziwym dyrygentem panującej atmosfery przyjaźni i braterstwa - ocenił przewodniczący Komitetu Organizacyjnego VANOC John Furlong.
Zyski ze sklepów z pamiątkami przeszły najśmielsze przypuszczenia sprzedawców. Ruch trwa do dzisiaj; by dostać się do oficjalnego butiku trzeba stać w gigantycznej kolejce. Najpierw, by do niego zostać wpuszczonym, a potem przy kasie.
Nie było także problemu z bezpieczeństwem. Zainwestowane pieniądze - 698 mln euro, nie poszły na marne. 16 500 policjantów skupionych w Whistler i Vancouver oraz na trasie między tymi dwoma miastami, spisało się na medal. Kontrole nie były uciążliwe i wszystko przebiegało nadzwyczaj sprawnie.
Najgorzej było z pogodą. Cieszyła kibiców, martwiła organizatorów. Nikt nie spodziewał się, że w lutym w Kolumbii Brytyjskiej zamiast mrozu i śniegu, będzie 15 stopni na plusie i raczej wiosenna aura. Jak podały miejscowe media - była to najłagodniejsza zima od 114 lat.
Najtrudniejsze zadanie czekało snowboardzistów i specjalistów od narciarstwa dowolnego. Stoki nie nadawały się do treningów, nie mówiąc już o rozgrywaniu tam zawodów. Organizatorzy zwozili śnieg helikopterami, tirami, samochodami. Zawody były wielokrotnie przekładane. W końcu udało się je przeprowadzić i wszyscy odetchnęli z ulgą.
Do największej niespodzianki w polskiej ekipie zaliczyć należy brązowy medal polskich panczenistek. Luiza Złotkowska oraz dwie Katarzyny - Bachleda-Curuś i Woźniak po nieudanych startach indywidualnych zmobilizowały się jako drużyna i stanęły na najniższym stopniu podium. Trzy krążki zabrała do kraju Justyna Kowalczyk - złoty na 30 km, srebrny w sprincie i brązowy w biegu łączonym. Sporo radości dostarczył też kibicom Adam Małysz, który dwukrotnie otrzymał srebro.