Kamil Kołsut: Piękny sen Małysza

autor: Kamil Kołsut | 2010-02-22, 09:36 | źródło: inf. własna |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Cztery medale olimpijskie, pięć krążków Mistrzostw Świata, cztery Kryształowe Kule... próba wyliczenia wszystkich sukcesów Małysza to zadanie wręcz karkołomne. W powodzi wszelkiej maści wyróżnień nie wolno jednak zapomnieć o osiągnięciu zdecydowanie najwybitniejszym: Adam, mimo medialnej wrzawy i wszechobecnych przejawów uwielbienia, pozostał tym samym człowiekiem, którego poznaliśmy niemal dekadę temu.

Małysz jest dla młodzieży wzorem bardzo wdzięcznym. Pracowity, wytrwały, skromny, ułożony, kulturalny. Od dziesięciu lat noszony w Polsce na rękach, nietykalny niczym bóstwo, zaskarbił sobie społeczne przyzwolenie na słabsze momenty i porażki - rzecz w naszym kraju niespotykana - a krytyka jego osoby równa się pogwałceniu świętości. Nie rozstrzygam, czy jego pozorna beatyfikacja jest rzeczą słuszną, szokuje mnie inna kwestia - Adam, niejako na przekór sukcesom i regułom panującym w świecie mass mediów, nie zniżył się do poziomu kolejnego sportowego pseudocelebryty, pozostając skromnym chłopakiem z Wisły.

Małysz jest postacią perfekcyjną. Wybitny sportowiec i imponujący człowiek. Odporny na presję świata zewnętrznego i spełniający się w dziedzinie ukochanej, niezmiennie dającej mu radość i młodzieńczą energię. Chyba na zawsze zachowam już w pamięci obraz Adama fetującego drugie kanadyjskie srebro. To niepewne spojrzenie na tablicę wyników, chwilę oczekiwania i niezwykły wybuch radości - niczym w Zakopanem przed ośmioma laty - zakończony ucałowaniem śniegu. Łza wzruszenia kręci się w oku. I nic, że to nie złoto - Simon Ammann był z innej planety. Małysz był tego dnia w Whistler najlepszym z ludzi. I - z pewnością - najszczęśliwszym.

Czyż można wymarzyć sobie wspanialszą sportową karierę? Adam po raz pierwszy w pełnej krasie na światowych skoczniach objawił się nam już w roku 1996. Później przyszedł dołek, depresyjne myśli o zakończeniu narciarskiej przygody, którym kres przyniósł triumfalny powrót do wielkiego skakania na przełomie wieków i wędrówka na szczyt świata. Dalszą historię znamy - bogatą w wielkie triumfy i kilka bolesnych porażek. Małysz miał kryzysy, upadał by wstać, uciekał by wrócić. Ależ cudną przypowieść nakreślił swoją karierą! Wierzyć w siebie, podążać za marzeniami i nigdy się nie poddawać. Bo sny nie są po to, aby je śnić - są po to, aby je realizować.

Adam, dziękujemy!

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Powiązane artykuły

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.

Ostatnie komentarze

Sortuj:
Beata

Pieknie napisane !
Az mi sie łza w oku zakręciła.
To wszystko prawda.
Nic dodać nic ująć.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
coperfield

Sportowca być może, ale też bym nie używał takiego określenia, a człowieka? to już w ogóle słowo nigdy, nie pasuje, 50 lat temu też mówiono, nigdy nigdy i pojawili się kolejni, wię bez przesady, ale fakt faktem, że wielu sympatyków sportu a zwłaszcza zimowych dyscyplin, mogłoby nam dziś pozazdrościć, gdyby żyli.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
marta

piękny artykuł!

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
dejc

Adam jestesmy z Toba !

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0