Antywiktoria równouprawnienia płac?

autor: Łukasz Iwanek | 2012-01-31, 21:55 | źródło: inf. własna |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Podczas Australian Open 2012 jeszcze raz mieliśmy potwierdzenie, że tenis kobiecy i męski to dwie zupełnie różne dyscypliny. Dwa zupełnie różne bieguny tylko w teorii tego samego sportu. Po raz kolejny pojawiły się dyskusje na temat zrównania płac.

W ATP mamy najbardziej wyrównaną czwórkę w historii, w WTA piątą kolejną nową wielkoszlemową mistrzynię. U kobiet może jest większa konkurencja(?), ale to nie przekłada się na poziom rozgrywek, który leci na łeb na szyję. Po odejściu takich gwiazd, jak Justine Henin, Lindsay Davenport, Amélie Mauresmo i Martina Hingis, przy rozregulowanej i walczącej z kontuzjami Kim Clijsters, przy słabnącej Serenie Williams i nieobecnej od dłuższego czasu jej siostrze Venus kobiece finały Wielkiego Szlema stały się groteską. W Melbourne w 2009 i 2012 roku mieliśmy wygrane sety do zera i miażdżące zwycięstwa, odpowiednio Sereny i Wiktorii Azarenki. Nic więc dziwnego, że kibice i eksperci coraz częściej zadają sobie pytanie: jak to możliwe, że Maria Szarapowa za to, że w finale zachowała się jak debiutantka, dostanie takie same pieniądze, jak Rafael Nadal za swój heroiczny bój z Novakiem Đokoviciem? Były tenisista, a obecnie komentator Eurosportu Lech Sidor mówi wprost, że to jest skandal i trudno się dziwić jego słowom. Anna Niemiec twierdzi, że kobiety zarabiają tyle samo co mężczyźni, bo ktoś im chce tyle dać i jej też trudno odmówić racji. Skoro sponsorzy decydują się im tyle płacić, to znaczy, że kibice od kobiecego tenisa nie zamierzają się odwracać i ciągle mają do niego anielską cierpliwość.

Przeciwko dyskryminacji na wszelkich płaszczyznach przez lata wytaczano ciężkie boje i trudno się teraz spodziewać, by nagle kobietom znów zaczęto płacić mniej, choć same się o to coraz bardziej proszą. W ostatnich latach gwiazdy i gwiazdeczki skutecznie dają pole do popisu malkontentom coraz mocniej podważającym to, o co z taką zawziętością walczyły dawne sławy (z Billie Jean King na czele). Kiedy po raz ostatni mieliśmy naprawdę spektakularny finał Australian Open? 2002 i Jennifer Capriati kontra Hingis? 2003 i siostrzany bój Sereny z Venus (różnie z nimi bywało, ale akurat ten pojedynek panien Williams jest godny wspominania)? W Rolandzie Garrosie od 2001 roku, gdy doszło do epickiego boju pomiędzy Capriati a Clijsters, nie było trzysetowego meczu o tytuł. Na Wimbledonie po dwóch wspaniałych pojedynkach (2005 Venus - Davenport, 2006 Mauresmo - Henin) kolejne finały rozstrzygały się w dwóch setach i w większości nie miały historii. A w US Open już w ogóle tragedia: ostatni trzysetowy finał miał miejsce w 1995 roku pomiędzy Steffi Graf a Monicą Seles.

Może to nie do końca sprawiedliwy system oceniania (w końcu i w dwóch setach można dostarczyć wielu emocji), lecz w jakimś stopniu pokazuje, że ten poziom nie jest tak wyrównany, jakby się mogło wydawać, skoro dwie najlepsze zawodniczki turnieju tak rzadko tworzą zapadające w pamięć widowiska. Dominacja i paraliż - w ostatnich latach te dwa słowa najlepiej oddają poziom meczów o wielkoszlemowy tytuł. Kiedyś mieliśmy wielkie wojowniczki niczym się nie zrażające, teraz dominują stękające i płaczące panny, którym po jednym zepsutym forhendzie czy bekhendzie cała gra się rozsypuje jak domek z kart. Wszystko się sprzysięgło przeciwko nim akurat w wielkoszlemowym finale, jak to możliwe?

Jak to wygląda u mężczyzn? Od 2000 roku w Melbourne mieliśmy siedem co najmniej czterosetowych bitew, w tym dwie epickie na przestrzeni ostatnich czterech lat (w 2009 Nadala z Rogerem Federerem i oczywiście tegoroczna Đokovicia z Nadalem), a w Rolandzie Garrosie osiem. W Wimbledonie od 2000 roku byliśmy świadkami pięciu pięciosetowych spektakli, w tym przez wielu określanego meczem wszechczasów finału 2008 pomiędzy Nadalem a Federerem oraz batalii Federera z Roddickiem rok później. Na Flushing Meadows tenisiści uraczyli nas sześcioma co najmniej czterosetowymi finałami, w tym gigantyczną bitwą Juana Martína del Potro z Federerem w sezonie 2009.

Różnice pomiędzy tenisem kobiecym a męskim zawsze były i będą, ale chyba jeszcze nigdy ATP i WTA nie dzieliła taka przepaść. Pojawiają się nawet głosy, że coraz mocniej wytrenowane kobiety powinny w Wielkich Szlemach grać do trzech wygranych setów. Skoro panie kopią piłkę przez pełne 90 minut oraz rzucają przez godzinę to czemu nie może być podobnie u tenisowych dam? Czemu w tym przypadku feministki nie protestują?

Trudno się dziwić pojawiającym się głosom oburzenia, lecz wszystkiemu winne są kobiety. Współcześnie nie ma tenisistek, które porywały by za sobą tłumy. Mamy gwiazdki bez charyzmy i bez wyraźnie zarysowanego stylu, stosujące te same schematy, a o wiktorii coraz częściej decyduje przypadek. Dwa tygodnie konia w połączeniu z wykorzystaniem słabości rywalek, a potem zjazd po równi pochyłej. Gdy kobiety tworzyły zapierające dech w piersiach widowiska (nawet te dwusetowe rzadko kończone miażdżącym zwycięstwem jednej z nich) nikt nawet się nie zająknął o zasadności wyrównania płac. Pozostaje czekać aż zasypie nas cała masa takich osobowości, jak tylko w ostatnich 30 latach i wszystko wróci do normy. Tylko ile jeszcze razy niedźwiedzie zapadną w sen zimowy, a kangury będą musiały przetrwać wojnę na decybele, zanim hibernacja antyosobowościowa w WTA dobiegnie końca?

Czy godnie je zastąpią gwiżdżące i kwiczące Azarenka i Petra Kvitová oraz coraz mocniej zaznaczające swoją obecność Niemki? Na razie kręcę nosem, bo tak naprawdę nie ma podstaw, by twierdzić, że to co się działo w Australian Open 2012 czy pół roku wcześniej w Wimbledonie jest czymś więcej niż jednorazowym wyskokiem Białorusinki i Czeszki (mimo, że wygrała Mistrzostwa WTA, wcześniej odpadła w I rundzie US Open). Zwiastun końca przejściowego okresu (kryzysu?) w kobiecym tenisie? Udzielenie twierdzącej odpowiedzi jest obarczone bardzo dużym ryzykiem popełnienia błędu. Po Australian Open wiemy, że ciągle nic nie wiemy. Wciąż mało śmieszne komedie drugiego bądź trzeciego gatunku dominują nad trzymającymi w napięciu thrillerami. Jak postępu nie było, tak go nie ma.

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Powiązane artykuły

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.

Ostatnie komentarze

Sortuj:
megan

Zgadzam się z tym, że w kobiecym tenisie jest lekki kryzys, ale "gówniany poziom" to lekka przesada według mnie. W czołówce rankingu WTA od pewnego czasu mamy zmianę warty, dużo młodych zawodniczek, które już nieźle grają, ale jeszcze mają czas na naukę. Siostry Williams też były kiedyś krytykowane za swój siłowy i mało finezyjny styl gry, a teraz wielu kibiców tęskni za nimi. Zupełnie się nie zgadzam z zarzutem, że słabością kobiecego dnia jest to, że tak dużo zależy od dyspozycji dnia. Przy w miarę wyrównanych przeciwnikach bardzo często decyduje dyspozycja dnia. W każdej dyscyplinie, nie tylko tenisie. Jest to zupełnie normalne i potwierdzi to każdy uprawiający sport, czy amatorsko czy profesjonalnie. Wiadomo, że kobiety są słabsze fizyczne. Nigdy nie będą tak silne, szybkie, wytrzymałe. Nie ma co z tym dyskutować. Ale dlaczego mniej stabilne??W tenisie, gdzie równie ważna jest technika i taktyka, siła fizyczna nie jest aż tak ważna. Ja ,poza wyjątkami potwierdzającymi regułę, jeśli mam do wyboru mecz kobiet i mężczyzn, wybieram ten pierwszy. I raczej nie jest to kwesta krótkich spódniczek i wydekoltowanych bluzek:) Nie rozumiem też tego, w jaki sposób mężczyźni tracą w tej sytuacji? Jeśli chodzi o kobiecy sport tenis jest chyba najbardziej popularną dyscypliną. Jak sam napisałeś ludzie nadal go oglądają, dzięki temu sponsorów nie brakuje i wszystko się kręci. Innych opisanych przez Ciebie sytuacji nie znam, więc nie komentuję, ale kibicuje zarówno naszym siatkarzom jak i siatkarkom. Mecze siatkarek lubię oglądać tak samo, jeśli nie bardziej. Siła i szybkość nie mają tu nic do rzeczy. Zresztą kobiety, które oglądają sport w wykonaniu mężczyzn, również niekoniecznie robią to ze względu na poziom sportowy, który reprezentują panowie.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
maaagik

@megan - tak. Ale nie rozumiesz mnie, ja wcale nie twierdze, ze trzeba teraz im zmniejszyc zarobki. W sporcie apanaze dyktowane sa przez popularnosc, jaka cieszy sie dyscyplina. Przykladowo: najlepsi pilkarze swiata zarabiaja ponad 10 milionow euro rocznie - samej pensji klubowej. Pilkarki w tym samym czasie dostaja jakies marne ochlapy w porownaniu z tym. Feministki tu nie maja nic do gadania, bo decydujacy glos maja kibice tutaj. Dla kibica atrakcyjniejszy jest futbol w wydaniu meskim, wiec w meskim futbolu sa sponsorzy, w kobiecym nie. A jesli sa sponsorzy, to sa wynagrodzenia. Prawo rynku. Co nie znaczy, ze nie nalezy oddac pewnej sprawiedliwosci i powiedziec wprost, ze tenisistki nie zasluguja nawet na polowe tego, co otrzymuja. Ich zarobki w zaden sposob nie odzwierciedlaja ich klasy sportowej. Zarabiaja tyle, bo przyjemnie dla oka jest patrzec na nie. Nie ma to jednak wiele wspolnego z "rownoscia", o jaka przeciez walcza zaciekle feministki. Bo chyba zgodzimy sie co do tego, ze tenisistki obecnie prezentuja gowniany poziom. Znowu w tym wypadku w pewnym sensie to mezczyzni sa dyskryminowani. Feministkom nigdy jakos nie przeszkadzal fakt, ze wielokrotnie kobiety zdobywaly prace i podwyzki nie przez swoje kwalifikacje, a przez walory kobiece. To jest tez dyskryminacja, to dziala w obie strony. Ale z tym sie feministki nie sprzeczaja, z taka nierownoscia nie walcza. Dla przykladu... Generalnie na calym swiecie wieksza popularnoscia cieszy sie meska siatkowka, anizeli zenska. Wynika to znowu z tego, ze jest ona atrakcyjniejsza dla widza. Sa tam szybsze akcje, mocniejsze zagrywki i zbicia, wiecej stabilnosci w grze. Ale np. w USA, w ktorym siatkowka raczej malo przedostaje sie do mediow, wieksza popularnoscia cieszy sie siatkowka zenska. Dlatego za zdobycie zlotego medalu olimpijskiego przez siatkarzy USA, w nagrode trener Hugh McCutcheon dostal po igrzyskach posade zenskiej reprezentacji. Bo to bardziej prestizowa funkcja w USA, wiazaca sie z duzo wiekszymi pieniedzmi. Tylko znowu co to ma wspolnego z rownoscia, skoro wieksza popularnoscia w tej samej dyscyplinie ma druzyna, ktora prezentuje gorszy poziom sportowy, udokumentowana znacznie mniejszymi sukcesami, ktorej jedynym aturem sa kobiece wdzieki?

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
megan

czyli kiedyś kobiety zasługiwały na równe zarobki, a teraz już nie?

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
maaagik

Zgadzam sie z autorem felietonu. Kobiecy tenis przypomina aktualnie groteske jakas. Poziom, ktory zawodniczki utrzymuja, absolutnie jest wart tych pieniedzy, ktore one dostaja. To jest smieszne, ze na starcie turnieju wlasciwie nic nie da sie przewidziec. Poniewaz u kobiet o koncowej wygranej stanowi wiele czynnikow poza umiejetnosciami i aktualna forma. Duzy poziom sportowy zawsze sie charakteryzuje tym, ze jest wyklarowana pewna scisla czolowka, taki szkielet konkurencji. I potem jest grupa poscigowa, probujaca dostac sie do tej czolowki. A nastepnie inni pretendenci, aspirujacy do podjecia wyzwania. Tak jest wszedzie, w kazdej dyscyplinie. W futbolu, gdzie w Hiszpanii dominuje Real i Barcelona, w Anglii, gdzie jest MU, Chelsea, Arsenal i ostatnio MC, czy w siatkowce meskiej, gdzie np. w lidze wloskiej jest Trentino, potem Cuneo, Treviso, Macerata i dopiero reszta. O wysokim poziomie swiadczy czolowka, ktora wyznacza poziom, do ktorego inni musza sie dostosowac. W kobiecym tenisie nie ma aktualnie nikogo, kto by ten poziom wyznaczal, wszystko jest na jedno kopyto. Dla mnie to parodia, ze jeszcze do niedawna liderka rankingu nie miala na swym koncie ani jednego triumfu wielkoszlemowego. Inna rzecz, ze aktualne tenisistki nie posiadaja zadnej osobowosci, nie potrafia porwac za soba tlumow. W meskim tenisie jest paru artystow rakiety. W kobiecym tenisie widze co najwyzej dobrze wyszkolone rzemieslniczki, ktore w dodatku na korcie czesto sie zachowuja jak male, wystraszone dziewczynki, a nie zwyciezczynie. Martina Hingis niedawno powiedziala: "Dzisiaj młode tenisistki prezentują tylko tenis i fitness! (...) I potem stając przed niebezpieczeństwem, jak break point, są wystraszone i nie potrafią podjąć ryzyka." W tym samym wywiadzie powiedziala tez: "Podoba mi się tylko gra Kvitovej, reszta to monotonia". Mnie nawet Kvitova nie przekonuje. Jest cos na pewno nie tak, jesli o poraze, czy wygranej decyduje mniejsza lub wieksza hustawka nastrojow, czy formy tenisistki. Bo przewaznie tak to wyglada wlasnie. Wygrywa ta zawodniczka, ktora na korcie jest mniej rozchwiana emocjonalnie. Brakuje mi starych pojedynkow Henin z Clijsters, Hingis i Seles. Henin i Hingis mialy jakas finezje w grze i stabilnosc, ktore sie milo ogladalo. Dzis nie widze tego. Smieszne jest tez to, ze mam wrazenie, ze kobiecy tenis utrzymuje swoja popularnosc dzieki uwadze mezczyzn, ktorzy wola poogladac zawodniczki w kusych spodniczkach. Kiedys na jednym forum rozmawialem o wyzszosci ogolu sportu meskiego nad kobiecym, twierdzac, ze jest dla mnie bardziej atrakcyjny. Zaraz posypaly sie od facetow argumenty, ze najwidoczniej jestem gejem, skoro wole spoconych facetow ogladac od spoconych kobiet. No coz, jesli ludzie wlasnie po to sport ogladaja, by pogapic sie na biegajace, stekajace i dyszace atrakcjne kobiety, no to chyba troche sie to mija z celem. I za to wlasnie nie cierpie feministek, bo one zawsze chca zrownania szans mezczyzn i kobiet, zabierajac mezczyznom ich przywileje, zachowujac przy tym przywileje kobiet. Atrakcynosc kobiecego tenisa polega na atrakcyjnosci zawodniczek, a meskiego na jego poziomie. Ale oczywiscie rownouprawnienie kaze mowic, ze gra ich wszystkich zasluguje na te same pieniadze. Dla mnie to absurd.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
Boss

Mimo, że męski tenis jest bardziej przewidywalny to jednak jest on dlatego bardziej interesujący, bo wszyscy czekaja kiedy ktoś w końcu pobije mistrza, a skoro ktoś jest długo na szczycie to ma prawo za to wymagać dużej kasy. Tymczasem u kobiet właściwie co parę miesięcy sa wielkie przetasowania i szybka rotacja, więc nic dziwnego, że krótsze i mnie efektowne mecze są gorzej opłacane

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
Zico1910

Bardzo dobry artykuł.Kobiety profanują tą piękną dyscyplinę sportu.Prawda jest taka,że numer 500 rankingu męskiego pokonałby bez problemu nr 1 żeńskiego.W takiej sytuacji za lepiej wykonaną pracę,lepiej się płaci.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
trzezwy

Wnioskowanie autora odnośnie poziomu kobiecego tenisa to absurd.
Akurat to, że kandydatek do tytułu jest wiele świadczy o czymś przeciwnym. Finały są za krótkie? To może kazać kobietom grac balonikami?! Będą przebijać do ......
Już tak zrobiono z męskim tenisem. Piłki są cięższe a nawierzchnie wymieniane na wolniejsze. Nie ma znaczenia kto więcej potrafi, tylko kto ma takie końskie zdrowie by to wytrzymać. Jak ktoś lubi oglądać jęczących facetów z wysiłku
to ma rzeczywiście radochę.
Osobiście uważam, że pojedynkiem wszechczasów to był akurat final
Wimbledonu 1999. Może i tylko trzy sety, ale to co ci panowie pokazali to już historia. Kto dzisiaj tak potrafi?
Aha. Meczyk można bez trudu wyguglowac ;).
Pozdrawiam.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
chieri

Artzuk, po pierwsze skarbie to możesz sobie mówić do swojej żony/dziewczyny a nie do mnie. Po drugie, nagrody w tenisie nie przyznaje się za czas gry, ale za osiągnięcie pewnego celu (Novak i Wiktoria osiągnęli to samo). Po trzecie, przejrzyj sobie ustawodawstwo krajowe, unijne, międzynarodowe czy też orzecznictwo (szczególnie polecam ETS), to zobaczysz czym jest dyskryminacja i wtedy może zrozumiesz o czym pisałam. Po czwarte, zgadzam się w 100 proc. z tym co napisała Megan.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
megan

Czyli co, Azarenka sama jest sobie winna, że tak szybko potrafiła rozprawić się ze swoją rywalką? Należy jej się mniej, bo za dobrze grała i za szybko skończyła? Jakby Djokovic tym razem ograł Rafę gładziutko, a Azarenka wygrała po ciężkich trzech setach to równe wynagrodzenie byłoby już OK? jęśli ilość czasu spędzonego na korcie jest głównym kryterium przyznawania nagród, to czy kobiet biegającym maraton powinno się płacić więcej, bo są dłużej na trasie? Coś mi się wydaje, że byłoby to bez sensu. Tak samo jak rozpatrywanie tak szerokiego zagadnienia na podstawie finałów jednego turnieju i tylko tego ile zwycięzcy musieli spędzić czasu na korcie, bo więcej nie zawsze znaczy lepiej.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
artzuk

Do chieri.
MASAKRA. Jak mozna tak sie przy tym upierac skarbie. Djokovic walczyl w finale prawie 6 godzin a Azarenka godzine-czujesz roznice?
Policz ile w sumie spedzil na korcie(caly turniej) Djoko a ile Azarenka?- Jeszcze malo?
Jesli to cie nie przekonuje do myslenia to naprawde mi cie szkoda.Zroznicowanie ze wzgledu nie na plec a na zaslugi(czas pracy/gry).
Jesli kobiety zaczna grac do 3 wygranych setow bede pierwszym ktory bedzie walczy o rowne place.
DZIEKUJE

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
chieri

Swoje zdanie na ten temat juz przedstawilam pod innym tekstem, wiec nie bede tego ponownie pisac. Dodam tylko, ze w niektorych momentach rece mi opadly. Widac jeszcze dlugi czas w podswiadomosci beda obecne stereotypy. Pocieszam sie mysla, ze prawo, rozne regulaminy, itp. stanowia zarowno panie jaki i panowie, wiec dzieki temu glupie pomysly o roznicowaniu placy ze wzgledu na plec nigdy nie przejda.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
RvR

I pomyśleć, że kiedyś się dostawało za grę talony do sklepów :)

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0