Czekam na przełamanie - rozmowa z Włodzimierzem Michalskim, trenerem Pawła Wojciechowskiego
autor: Polska Agencja Prasowa | 2012-02-19, 09:09 | źródło: PAP |
Trener mistrza świata w skoku o tyczce Włodzimierz Michalski jest spokojny o Pawła Wojciechowskiego. Jest pewny, że zawodnik zdąży przygotować się do igrzysk olimpijskich w Londynie. - Już teraz może zaliczać duże wysokości, ale... musi się przełamać - uważa.
PAP: Wojciechowski w grudniu uległ poważnemu wypadkowi, złamał kość jarzmową. Jaka była pana reakcja tuż po tym wydarzeniu? Czy wiedział pan od razu, że stało się coś poważnego?
Włodzimierz Michalski: Absolutnie nie. To stało się tak szybko, że nawet nie zauważyłem, że Paweł został uderzony w twarz. Dopiero po chwili się zorientowaliśmy. Najpierw sam zawodnik zwrócił uwagę, że czuje obrzęk na twarzy, a potem pojawiła się krew z nosa. To był znak, że stało się coś poważnego. Reakcja była bardzo szybka, masażysta zabrał go do najbliższego, oddalonego o 300 m szpitala.
Jak wrócił do treningów, widać było jakiś strach przed skakaniem?
- Zdecydowanie nie. Od razu pierwszego dnia po przerwie wziął tyczkę do ręki.
Jak długo trwał rozbrat Wojciechowskiego ze sportem?
- Tydzień leżał w szpitalu, potem miał jeszcze czternaście dni wolnego. Wcześniej był przeziębiony, więc też nie do końca trenował. W sumie około miesiąca.
I naprawdę nie obawia się pan o przygotowania do igrzysk olimpijskich w Londynie?
- Zdecydowanie nie. Jestem cierpliwy i jednocześnie ufam w strukturę, którą mamy wypracowaną od lat. Jeśli chodzi o przygotowanie fizyczne, to na pewno nie będzie źle. Paweł musi jednak odzyskać komfort skakania, jeszcze w tej chwili pojawia się obawa przed odbiciem z większej odległości. Mogą pomóc jedynie treningi w formie zawodów. To sposób na przełamanie się.
Czy po wypadku brał pan pod uwagę wycofanie go z rywalizacji pod dachem?
- Nie. Jeśli chodzi o fizyczną stronę, wszystko jest w porządku. Gorzej jest mentalnie. Potrzeba odblokowania, tak jak miało to miejsce w Daegu. Czekaliśmy na to dwa lata. Wierzę, że jeszcze moment i wszystko wróci do normy.
Nie myślał pan o interwencji psychologa?
- Nie sądzę, żeby była taka potrzeba. Nawet osoby takie jak mistrz olimpijski z Pekinu Australijczyk Steven Hooker albo wicemistrz Europy Ukrainiec Maksym Mazuryk, czyli gwiazdy światowej tyczki, mają problemy, a pracują na co dzień z psychologami.
Czy cokolwiek zmieniło się w pana życiu po mistrzostwach świata w Daegu?
- Oj tak. Między innymi ten wywiad, po drugie rozpoznawalność, a po trzecie nieustanna obecność dziennikarzy. Poza tym zarówno Paweł, jak i mój syn Łukasz są coraz bardziej świadomi tego, co robią i jakie to może dać profity.
3 marca wyjeżdża pan ze swoją grupą do RPA. Będzie to jedyne zagraniczne zgrupowanie?
- Tak. Potem zostajemy w Bydgoszczy. W Afryce spędzimy trzy tygodnie. Pierwszy przeznaczamy na aklimatyzację, później już tylko praca. Poświęcimy dużo czasu na trening siły biegowej i mam nadzieję, że przełoży się to na wytrzymałość skokową i biegową.
Czy uzyskiwane obecnie przez czwartego zawodnika mistrzostw świata Łukasza Michalskiego wysokości na 5,60 - 5,70 to dobra podstawa, by latem skakać sześć metrów?
- Łukasz nie wykorzystuje hali. Na treningach wygląda lepiej. Na zawodach niepotrzebnie się napina, gdy zaczyna rozbieg.
Czy pogodził się pan, jako ojciec, z decyzją Łukasza o przerwaniu na rok studiów medycznych, by w pełni poświęcić się przygotowaniom do igrzysk?
- Początkowo byłem przeciwny. Po analizie tego, co się stało w Daegu, stwierdziliśmy, że warto spróbować. Chociażby po to, by móc powiedzieć, że zrobiło się wszystko również dla sportu. Mieć czas, by zrealizować cały trening i nie mieć później do siebie pretensji, że byłem blisko i może trzeba było wziąć urlop dziekański.
Do pana grupy dołączyła Joanna Piwowarska. Czy ma pan po mistrzostwach świata w Daegu dużo takich zapytań?
- Nie. Asi nie wyszło w Warszawie i dlatego zdecydowała się na przeprowadzkę. Wniosła żywą krew, jest wyjątkowym "śmieszkiem" i tytanem pracy. Jest dużo śmiechu, ale praca przebiega tak, jak powinna.


