Nic się nie stanie jeśli nie zdobędę medalu - rozmowa z tyczkarką Moniką Pyrek
autor: Polska Agencja Prasowa | 2012-02-15, 10:45 | źródło: PAP |
Wicemistrzyni świata z Berlina 2009 w skoku tyczce Monika Pyrek po raz pierwszy w karierze została bez stypendium sportowego. Nie załamała rąk, przygotowuje się do igrzysk w Londynie i zaznaczyła, że jako sportowiec będzie spełniona nawet jak wróci bez medalu.
PAP: Jak radzi sobie pani bez ministerialnego wsparcia?
Monika Pyrek: Moja sprawa jest nadal w toku, ale w ogóle się o to nie boję. Mam duże wsparcie w Polskim Związku Lekkiej Atletyki. Od września nie mam stypendium, jednak jakoś sobie radzę. Poza tym królowa sportu na najwyższym światowym poziomie nie jest biedną dyscypliną, przez wiele lat zaoszczędziłam parę groszy. Jedyne co musiałam zrobić, to przeniosłam opłaty ZUS na swoją działalność i było to bolesne. Mam sponsorów, pomaga mi też miasto Szczecin, gdzie założyliśmy teraz klub - Ośrodek Skoku o Tyczce Szczecin.
Skąd pomysł?
- Od jakiegoś czasu się nad tym zastanawiałam, czy będzie to fajne, zasadne i konieczne. Bardzo dużo dzieci przychodzi do nas, by trenować. To jednak miasto zapoczątkowało ten pomysł. Mój trener Wiaczesław Kaliniczenko musiał nawet zatrudnić dodatkowego szkoleniowca, asystenta, również z Ukrainy. Przyjechał, by szkolić 20-osobową grupę dzieci.
Mówiła pani, że w ramach przygotowań do igrzysk będzie szukała nowych bodźców i nowych miejsc do treningu. Udało się?
- Tak. W kwietniu jadę na zgrupowanie do ośrodka olimpijskiego pod Barcelonę. Byłam też w Alicante. Poza tym chyba niewiele się zmieni. Będę przygotowywać się także we włoskiej Formii, do której jeżdżę od lat. Baza jest w tej chwili rozbudowywana, będą cztery rozbiegi do tyczki. Tam się czuję najpewniej. Poza tym ten układ sprawdził się przed mistrzostwami świata w Berlinie, więc chcemy ten plan jeszcze raz zrealizować.
Nad czym musi pracować tak doświadczona zawodniczka jak pani?
- Ostatnio dużo czasu poświęciliśmy szybkości. Trochę udało się ją poprawić, ale w moim wieku nie jest to łatwe. Siłowo też jestem do przodu i tylko czekam, żeby to przełożyło się na skoki. Nawet jeśli nie wyjdzie w sezonie halowym, to wiem, że jestem na słusznej drodze.
Czy wysokie skakanie przeciwniczek - Amerykanki Jennifer Suhr (4,88), Brytyjki Holly Bleasdale (4,87) to zapowiedź tego, co czeka nas latem?
- Jennifer co roku u siebie skacze bardzo wysoko, później przyjeżdża do Europy i osiąga ok. 4,70. Ten poziom to nie jest nic nadzwyczajnego, a stała dyspozycja. Co do Bleasdale, to ona wszystkich zszokowała. Po raz pierwszy widziałam ją przed rokiem na mityngu Pedro's Cup i pomyślałam sobie: ta dziewczyna nic nie umie, ma nadwagę, ale będzie skakać, bo płynność jej prób pokazywała, że ma pojęcie o tym, jak to ma wyglądać. Poprawiła niektóre elementy, zgubiła parę kilogramów i zobaczymy co to będzie.
Rosjanka Swietłana Fieofanowa uważa, że po złoto olimpijskie będzie trzeba skoczyć 4,90.
- Na pewno nie trzeba będzie zbliżyć się do rekordu świata. Należy wziąć jeszcze pod uwagę, że igrzyska odbywają się w Londynie i nie wiadomo jaka będzie pogoda. Nie ma gwarancji, że warunki atmosferyczne będą nam sprzyjać. Wydaje mi się, że 4,75 w pierwszej próbie może wystarczyć na podium. Co do złota, myślę, że 4,85. Oczywiście jeśli komuś się uda i pozostanie w konkursie sam, może zawiesić poprzeczkę powyżej rekordu świata i kto wie co się stanie...
Pani będzie przygotowana na takie wysokości?
- Mam nadzieję, że tak. Z taką myślą trenuję. Nie wiem czy będę walczyć o złoto, ale na pewno chcę znaleźć się w ścisłym finale. A później powalczę o spełnienie swojego marzenia, czyli o medal.
Co szczególnego jest w konkursie olimpijskim?
- Sama się nad tym wielokrotnie zastanawiałam. Startuje się z tymi samymi zawodniczkami, ale chyba duże znaczenie ma tutaj idea. Igrzyska były to pierwsze zawody międzynarodowe, w którym można się było zmierzyć z całym światem. Pomysł mistrzostw globu powstał znacznie później. Kiedyś bardzo przykładałam się do tego konkursu i wydawało mi się, że jak nie zdobędę medalu olimpijskiego to wszystkie te lata na skoczni będą zmarnowane. Doświadczenie przychodzi jednak z wiekiem, kontuzjami i różnymi przeciwnościami losu. Teraz sobie myślę, że jak nie zdobędę medalu to nic się nie stanie. Czuję się spełnioną zawodniczką.
A gdzieś tam w głowie ma pani igrzyska w 2016 roku w Rio de Janeiro?
- Oj nie. Chyba, że jako turystka. Chociaż ze Swietłaną Fieofanową się śmiałyśmy, że skończymy po Londynie, potem się przyczaimy, zobaczymy jak wygląda sytuacja i na rok przed zaczniemy trenować. Może się bowiem tak zdarzyć, że w Rio będzie najprościej zdobyć medal. Większość zawodniczek jest w moim wieku, ma około 30 lat i te, które będą najbardziej wytrwałe mogą odnieść sukces w Brazylii. Ale ja to chyba nie dam już rady.


