Janusz Czerwiński: To nie jest wielka porażka Polaków
autor: Redakcja | 2008-01-28, 10:59 | źródło: PAP |
Działacz Europejskiej Federacji Piłki Ręcznej oraz wieloletni prezes, a obecnie honorowy prezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce Janusz Czerwiński nie uważa za wielką porażkę siódmego miejsca, uzyskanego przez reprezentację Polski na mistrzostwach Europy w Norwegii, choć na pewno oczekiwania po mistrzostwach świata były większe.
Co było największym zaskoczeniem mistrzostw Europy w Norwegii?
Na pewno zaskoczeniem było to, że do drugiej fazy mistrzostw nie awansowała Rosja, bo to jednak zespół, który dotychczas zawsze odgrywał jakąś rolę znaczącą.
Jak Pan ocenia wyniki?
Można się było spodziewać, że z grupy około dziesięciu drużyn ktoś będzie w tej grupie walczącej o medal. Myśmy sądzili początkowo, że uda się to tam. Ale trzeba mieć świadomość, że to nie była sprawa prosta. Tutaj i szczęście decydowało i forma danego dnia i sędziowanie, cały szereg czynników. Jest trudno przygotować zespół na trzy poważne imprezy w stosunkowo krótkim czasie, bo i mistrzostwa Europy, następnie kwalifikacje olimpijskie, które będą u nas, potem kwalifikacje do mistrzostw świata, a myślę że będzie jeszcze czwarta - turniej olimpijski w Pekinie, na który jestem przekonany, że nasz zespół się zakwalifikuje. Na olimpiadzie powinniśmy uzyskać maksymalnie wysoką formę.
Czyli rezultaty Polaków nie przynoszą im ujmy?
Na pewno nie twierdziłbym, tak jak niektórzy, że sprawili zawód. Po prostu może nie zagrali tak, jak mogliśmy się spodziewać, ale to nie jest żadna wielka porażka.
Coś by Pan zmienił w ich koncepcji gry?
Trudno mi oceniać, to należy do trenera. Na pewno zawiodła pierwsza linia i nieco słabiej zaprezentowali się bramkarze. Bramkarze w tych zespołach, które poszły do góry i walczyły o medale często decydowali o tym, że drużyna awansowała. Jedna bramka w obu półfinałach decydowała o wygranej. To przecież jedna udana interwencja może sprawić, że zespół idzie dalej.
Czy zauważył Pan jakieś zmiany w sposobie gry lub taktyce poszczególnych uczestników mistrzostw Europy?
Generalnie wszyscy to, co grali do tej pory, grali i tutaj. W niektórych drużynach nastąpiły oczywiście zmiany personalne, niektórzy mogli sobie na to pozwolić. Niemcy byli w komfortowej sytuacji, bo wyjazd na igrzyska już mają jako mistrzowie świata zapewniony i pewnie przygotowują się pod kątem olimpiady. To było widać i pewnie dlatego w Norwegii zajęli "tylko" czwarte miejsce. Pozostałe drużyny zmobilizowały to wszystko, co mogły najlepszego, żeby powalczyć. Moim zdaniem słabiej niż na igrzyskach olimpijskich zagrali Chorwaci, którzy opierają swoją grę na Ivano Balicu, który jest fenomenalny. Oczywiście ma wsparcie dwóch bocznych rozgrywających Blazenko Lackovica i Petara Metlicica. W ważnych momentach jednak kluczową rolę odgrywali bramkarze. Jeśli chodzi o taktykę gry żadnych rewelacji nie było. Zauważyłem jedynie, że zespoły zwolniły grę, nie była ona tak szybka, jak na mistrzostwach świata. Ale niewiele. To jest chyba taka swoista rezerwa, brak podejmowania już takiego ryzyka. Szybka gra powoduje większą możliwość straty piłki, więc większość ekip zagrała asekuracyjnie.
Jaka jest Pana opinia na temat sędziowania?
Trudno mi się wypowiadać na temat sędziów, bo to niczemu dobremu nie sprzyja. Na ten temat można rozmawiać w gronie fachowców, a nie na zewnątrz. To prowadzi do niezdrowej atmosfery, czego byłem zawsze przeciwnikiem. Zakładam, że nikt nie sędziuje nieobiektywnie. Jeśli byłoby inne założenie, to jaki to byłby sport. Natomiast każdy, tak jak zawodnik, tak i arbiter popełnia błędy. Mogą się one zdarzyć, co przy tak wyrównanym poziomie może zadecydować o wyniku.
Dania przegrała z Norwegią, a później wszystkich biła na głowę. Gospodarze bez rozbijaki Johnny'ego Jensena, który na jeden mecz został zawieszony właśnie za niesportowe zachowanie, przegrali dość wyraźnie ze Słowenią, która była jeszcze niżej sklasyfikowana niż Polska. Czy to nie daje do myślenia?
Problem moim zdaniem polega na tym, że nie wolno dopuścić do przekroczenia pewnej granicy, linii gry ostrej. Jeżeli się przekroczy tę linię między grą ostrą a brutalną, to istnieje niebezpieczeństwo, że wypaczy się zawody. Pomimo że sędziowie chcą jak najlepiej, Np. Francuzi, którzy nam sędziowali mecz z Norwegią, nie byli tendencyjni. Ale oni pozwolili na grę ostrą, która była handicapem dla rywali. My nie mamy takich zawodników, którzy specjalizowaliby się w takiej grze.
Kto był gwiazdą mistrzostw?
Na pewno Balic i bramkarze tacy jak Duńczyk Kasper Hvidt, czy Francuz Thierry Omeyer. Cała duńska drużyna charakteryzowała się tym, że ma bardzo równych graczy. Świetny był też skrzydłowy francuski Luc Abalo.
Na kogo Pan stawiał w finale?
Myślałem, że gdyby Duńczykom udało się zneutralizować Balica, to mają szansę, ale jeśli lider Chorwatów weźmie ciężar gry na siebie i będzie grał to, co grał wcześniej, to może minimalnie przeważyć. Jak wiemy wygrali Duńczycy.
Czy w polskim zespole ktoś szczególnie zasługuje na słowa uznania?
Nikt szczególnie się nie wyróżnił. Spodziewaliśmy się więcej, ale z drugiej strony powtarzam to jeszcze raz - utrzymanie formy przez dłuższy czas jest trudne. Były też różne przyczyny nie do końca idealnej postawy niektórych zawodników. Na pewno konflikt w Magdeburgu i związanych z tym klubem graczy nie przyczynił się do lepszego występu, na pewno mieli pewne braki w treningu. Nie można ich gry oceniać negatywnie, można powiedzieć jedynie, że niektórym może zabrakło sił. Przecież w ostatnim meczu zagrali na luzie i rozbili Czarnogórę.


