Leo, twój koniec nadchodzi!
autor: Piotr Tomasik | 2009-05-17, 07:36 | źródło: inf. własna |
Czas Leo dobiega końca - to nie ulega wątpliwości. Beenhakker znów zaśmiał się nam prosto w oczy, ponownie z nas zadrwił. Nie po raz pierwszy pokazał, że Polska nic dla niego nie znaczy. Dość Holendra mają już nie tylko dziennikarze, byli trenerzy i piłkarze reprezentacji, ale także kibice. Coraz głośniej krytykują go także przedstawiciele PZPN...
To miał być zwycięski los na loterii, wspaniały prezent Michała Listkiewicza dla całego narodu. To miała być nowa, lepsza jakość w polskiej piłce. - Otwieramy nowy rozdział w historii polskiego futbolu. Chciałbym, by zapisany został on złotymi zgłoskami - mówił ówczesny prezes PZPN, uznając kontrakt z Beenhakkerem za jeden ze swoich największych sukcesów.
Wszak oto zjawił się człowiek wspaniały, nieomylny, autorytet dla piłkarskiego środowiska. Człowiek z sukcesami, życiorysem pełnym triumfów, i przede wszystkim spoza układów. Aż wreszcie człowiek, którego pokochają miliony Polaków, przyszły Człowiek Roku (wybrany przez "Wprost" w 2007 r.), istny cudotwórca, posiadacz odznaczenia, które otrzymał prosto z rąk prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Czyżby portret człowieka iście idealnego?
A "Tomek" przestrzegał
- Ja akurat do zwolenników Beenhakkera nigdy nie należałem - mówi serwisowi SportoweFakty.pl Jan Tomaszewski. - Przed przyjazdem o naszym kraju wiedział tylko tyle, że... gdzieś tam sobie leży. Z piłkarzy znał co najwyżej Dudka, o pozostałych nigdy nie słyszał. Przecież on nie miał zielonego pojęcia o sytuacji w polskiej piłce! To tak jakbym miał teraz zostać trenerem reprezentacji Australii, w ogóle nie znając tamtejszych realiów - dodaje w swoim stylu "Tomek".
Tomaszewski bardzo szybko zaczął publicznie krytykować Holendra. Ale nie tylko z powodu niewiedzy w kwestii naszej piłki, a przede wszystkim objęcia stanowiska trenera reprezentacji pomimo... braku pozwolenia na pracę. - Przecież to była zwykła robota na czarno - irytuje się.
Beenhakker szybko poznał, że "Tomek" to jego przeciwnik. Ale to był taki rodzynek, bo Leo natychmiast zyskał szacunek w polskim środowisku. Dla szkoleniowców autorytet, dla piłkarzy - trener z innego świata. Dziennikarze w większości go uwielbiali, chwalili na każdym kroku, zachwycali się metodami pracy, wszystkim decyzjom przytakiwali, a przy okazji zgrupowań zawsze widzieli przyszłą gwiazdę kadry narodowej. Holender umiejętnie to wykorzystał, zaczął występować w dobrze płatnych spotach reklamowych, choć zdolnościami aktorskimi nie grzeszył. W Polsce miał jak w bajce, to miał być niekończący się sen... Aż w końcu Leo się obudził.
Co można, a czego nie?
Dziś Beenhakkera krytykują wszyscy. Poczynając od słabej gry kadry poprzez chamskie komentarze względem Polaków ("Wyjdzie z drewnianych chatek") aż do konfliktów z PZPN. A tych było co nie miara. Najpierw potyczki słowne z Antonim Piechniczkiem, potem romans z Feyenoordem Rotterdam.
Choćby przed ponad tygodniem Beenhakker zamiast zjawić się na hicie Wisła-Legia wolał mecz Feyenoordu. Dzień później na łamach holenderskich mediów wypowiadał się już na temat celów transferowych klubu. Ale oficjalnie zatrudniony tam nie jest. - Wciąż powtarza, że to jego wolny czas i może robić, co mu się podoba - przypomina w rozmowie z nami Włodzimierz Lubański.
Ten wolny czas Leo to właśnie punkt sporny jego konfliktu z Polskim Związkiem Piłki Nożnej. Prezes Grzegorz Lato chce, aby Holender poświęcił się tylko prowadzeniu naszej reprezentacji. Beenhakker woli na co dzień pomagać charytatywnie swojemu ukochanemu klubowi, a za zgrupowania kadry, które odbywają się naprawdę rzadko, zbijać niezłe kokosy. To dla niego układ idealny. - On może pracować albo nie pracować, być na golfie albo tenisie, to jego wolny czas - powiedział nam niedawno Włodzimierz Smolarek, trener młodzieży w Feyenoordzie.
W podobnym tonie wypowiada się Jerzy Engel, były selekcjoner reprezentacji, a obecnie pracownik PZPN. - Każdy ma swoją filozofię pracy, a wielu polskich trenerów preferuje inne metody od Leo. Holender nie ma w kontrakcie zapisanej klauzuli, co może robić, a czego nie w wolnym czasie - uważa.
Nasi rozmówcy zgodnie jednak przyznają, że Beenhakker powinien zjawić się na meczu Wisły z Legią. - Chyba każdy wie, za co odpowiada. Przecież tu chodzi o szacunek dla pracy, którą się wykonuję, zawodników, ale przede wszystkim do samego siebie - przyznaje Andrzej Strejlau, trener reprezentacji Polski w latach 1989-93, który nie zgadza się na dłuższy komentarz w tej sprawie.
A jednak wybrnie?
Dni Holendra w naszym kraju są już policzone. Najprawdopodobniej odejdzie wraz z końcem eliminacji do mistrzostw świata, choć od lata może oficjalnie pracować w Feyenoordzie i porzucić kadrę (ale czy zrezygnuje z tak wysokiego uposażenia?!). Wciąż - mimo wielu nieprzychylnych opinii - ma szansę odejść w naprawdę dobrym stylu. Tę wielką plamę z ostatnich miesięcy zmazałby awans na mundial.
- Nasze szanse oceniam bardzo wysoko. Wystarczy wygrać oba mecze u siebie i poszukać punktów na wyjeździe. Nie zapominajmy również, że rywale przeżywają spore problemy - doszukuje się pozytywów Engel.
Niestety, Polacy na ich brak narzekać też nie mogą. Choć wciąż mówi się o utrzymaniu dobrych nastrojów wokół kadry, to trudno o nie wobec tak egoistycznego zachowania Beenhakkera. - Przez takie podejście Leo zupełnie niepotrzebnie podgrzewa atmosferę wokół kadry, robi zbędny szum - mówi Lubański. - A to wszystko pilotują media, które uważnie śledzą jego ruchy. Przecież te wszystkie informacje mam z pierwszej ręki, od dzwoniących dziennikarzy - dodaje Engel.
Piotr Tomasik


