autor: Ilona Kobus, 2008-08-27, 14:04, źródło: inf. własna / globoesporte.globo
-
Jestem gotów by stawić czoła kolejnemu wyzwaniu i zbudować reprezentację Brazylii na Igrzyska Olimpijskie 2012 - oświadczył
Bernardo Rezende.
Jest tylko jedno "ale" - czy rodzima federacja przystanie na warunki szkoleniowca i da mu, jak było do tej pory, wolną rękę w podejmowaniu wszelkich decyzji, bez jakiejkolwiek ingerencji? -
Dotąd mieliśmy do siebie pełne zaufanie. Jeśli uznają, że dla dobra kadry powinienem zostać - zostanę.
Brazylijczyk wyznał, że kiedy zabrzmiał gwizdek sędziego kończący mecz finałowy z USA, był bardzo sfrustrowany. -
Nie dlatego, że przegrałem finał, ale ponieważ moi chłopcy zasługiwali na złoto. Teraz nie mogę spać w nocy, bo już myślę o tym, co czeka nas w przyszłości.
Żeby Brazylia mogła szybko odbudować swoją siłę, potrzebne są dwie rzeczy: motywacja i wyzwanie. Wyzwaniem jest złoto na Olimpiadzie w Londynie. Motywacja tkwi głównie w samych zawodnikach. -
Ci którzy pozostaną w zespole muszą mieć wystarczająco silną wolę, by kontynuować ciężką pracę i znów walczyć o złoto. Muszą też chcieć stworzyć taki zespół, jakim byliśmy zawsze, muszą chcieć być rodziną.
Bernardo Rezende nie chce wracać do sprawy
Ricardo, którą uważa za zamkniętą. -
To on zdradził nas, nie my jego. Bardzo za nim tęsknie i brakuje mi go każdego dnia, ale jeśli ktoś mówi, że dla niego nie istniejesz, to zamyka drogę do jakiegokolwiek dialogu - mówił jeszcze przed turniejem olimpijskim.
Podkreśla stanowczo, że jego zdaniem Ricardo nie zmieniłby wyniku finału w Pekinie. -
Tego dnia Stany Zjednoczone po prostu były lepsze - kwituje, dodając że obydwaj rozgrywający,
Marcelinho i
Bruno wykonali swoją robotę dobrze i nie ma do nich najmniejszych zastrzeżeń.
-
Hegemonia Brazylii trwała długo i była bezdyskusyjna, tak jak fakt, że kiedyś musiała zostać przerwana - uważa brazylijski szkoleniowiec. Twierdzi jednak, że w kraju jest wielu młodych, zdolnych graczy, którzy mogą stworzyć nowy "dream team" i już wkrótce ponownie zawojować świat.
"Bernardinho" chciałby kontynuować pracę z reprezentacją swojego kraju i jak przyznał w rozmowie z naszym serwisem w Rio de Janeiro, nie zamierza go opuszczać nawet, jeśli federacja nie powierzy mu ponownie opieki nad "Canarinhos". -
Ostatnie lata były wspaniałe, bo pracowałem z grupą fantastycznych ludzi i osiągnęliśmy niebywałe sukcesy. Przez to jednak ucierpiało moje życie rodzinne i właśnie ze względu na moich najbliższych nie chcę wyjeżdżać poza Brazylię.
Pytany o swoich ewentualnych następców, waha się przez chwilę mówiąc, że nie widzi potrzeby, by to rozważać. Jeśli jednak koniecznie miałby wskazać osoby, które mogłyby po nim przejąć pracę w kadrze, to postawiłby na dwa nazwiska - swojego asystenta
Ricardo Tabacha oraz aktualnego szkoleniowca Sisley'a Treviso,
Renana Dal Zotto.
Warto nadmienić, że asystentem trenera Dal Zotto w Treviso jest były szkoleniowiec Jastrzębskiego Węgla,
Tomaso Totolo, który kilka dni temu wyraził gotowość do podjęcia pracy z reprezentacją Polski.