Zawodniczka bez wahania zdradziła sekret swojej diety przedstartowej. Jak się okazuje jej, podobnie jak skoczkowi
Adamowi Małyszowi, bardzo pasuje... bułka z bananem.
- Większość kolarzy je przed startem makaron, ale na śniadanie to jakoś nie pasuje. Wraz z Olą zjadłyśmy musli z odrobiną gorącej wody i jogurtu, a do tego kawałek białego pieczywa z bananem i miodem. Można powiedzieć, że system Małysza poskutkował również w kolarstwie - zaśmiała się Włoszczowska.
Włoszczowska jechała doskonale - przed nią była jedynie Spitz, która utrzymywała stałą przewagę. Z kolei Polka na każdym okrążeniu uciekała rywalkom i już w połowie trasy było pewne, że tylko defekt może odebrać jej srebrny medal. Los sprawił, że złoto okazało się jednak poza zasięgiem.
- Wielka szkoda, że na pierwszej rundzie upadek zaliczyła Marga Fulana, która jechała przede mną. Musiałam zejść z roweru i zbiegać. Właśnie ten moment wykorzystała Spitz i oderwała się od stawki. Ten epizod praktycznie zadecydował o losach złotego medalu - gdyby nie upadek Hiszpanki, to pewnie jechałabym z Niemką. Nie jest jednak powiedziane, że utrzymałabym się do samej mety. Najważniejsze, że mam medal - podkreśliła po wyścigu zawodniczka zawodowej grupy MTB Halls Team i z dumą zaprezentowała wiszący na szyi srebrny krążek.
- Trasa była dużo trudniejsza niż w trakcie ubiegłorocznych zawodów kontrolnych. Szczególnie ciężkie były zjazdy. Ja miałam jeszcze gorzej, bowiem od trzeciej rundy pojawiły się problemy z hamulcami. Płyn zaczął się nagrzewać i uciekała mi klamka, a nie da się tego szybko naprawić. Musiałam być przez to ostrożniejsza na zjazdach. Jak się okazało na tych niebezpiecznych odcinkach uciekałam trochę rywalkom - pewnie zjeżdżałam szybciej przez tę usterkę - kontynuowała 25-letnia zawodniczka.
- Jeśli chodzi o ten element wyścigu wielkie podziękowania należą się Markowi Galińskiemu (wystartuje w wyścigu mężczyzn - przyp. PAP), który jeździł ze mną i Olą Dawidowicz po trasie. Uczył nas jak pokonywać trudne odcinki. Zdarzało mu się nawet nas pochwalić - dodała.
Poranek w Pekinie był nieprawdopodobnie upalny. By wytrzymać trudy wyścigu zawodniczki pobierały napoje na każdym "bufecie" - dwukrotnie na okrążeniu.
- Pogoda nas bardzo martwiła - nie jest to klimat sprzyjający polskim zawodnikom. Zdecydowanie wolę kiedy jest chłodniej, nawet deszczowo. Nie ma co jednak narzekać - pogoda była identyczna dla wszystkich. Może dobrze się stało, że wyścig przełożono na 10.00 rano - było chyba chłodniej niż w piątek o 15.00. Byłam co prawda trochę niewyspana, ale to mi nigdy nie przeszkadzało - wyjaśniła Włoszczowska.
- Mieliśmy specjalnie przygotowane, rozcieńczone żele energetyczne w bidonie. Przywiązywałam do picia wielką uwagę. Odwodnienie to coś, co może zawodnika zabić. Jak to mówimy w slangu kolarskim - odcina prąd i z drugiego miejsca spada się na dwunaste. Piłam więc gdzie tylko było to możliwe, nawet jeśli nie czułam pragnienia. Dzięki temu starczyło mi sił - podkreśliła.
O swojej taktyce Włoszczowska powiedziała jedynie, że chciała zacząć spokojnie, nie szarżować na pierwszych rundach, bowiem wyścig był długi, a warunki trudne. Poza tym zamierzała z jak najwyższej pozycji zaczynać zjazdy, by kontrolować sytuację i nie zależeć o dyspozycji jadących przed nią. Udało się to wszystko zrealizować niemal w stu procentach.
Z wykształcenia polska zawodniczka jest matematyczką. Jak wyjaśniła wszelkie obliczenia statystyczne wykazywały, że medal był poza zasięgiem.
- Na szczęście jest jeszcze rachunek prawdopodobieństwa - według niego szansa była i okazało się to prawdą - zakończyła.