Kolbowicz: Ja miałbym zawieść? No way
autor: Polska Agencja Prasowa | 2008-08-17, 19:46 | źródło: PAP |
Marek Kolbowicz jest najstarszym i najbardziej doświadczonym zawodnikiem czwórki podwójnej - osady, która Pekinie zdobyła złoty medal. Zapewnił jednak, że to nie koniec jego obfitującej w sukcesy kariery.
- Wmawiałem sobie, że obojętnie jak skończy się wyścig powiem tylko - dziękuję, ja już nie chcę. Z drugiej jednak strony - zobaczcie jakie to było łatwe. Ruszyliśmy, przypłynęliśmy. Na mecie niby widać było zmęczenie, ale... Za rok mistrzostwa świata w Poznaniu - i co - mielibyśmy zawieść kibiców? Ja miałbym sprawić zawód? No way - powiedział 37-letni Kolbowicz, na pytanie czy to zwieńczenie jego kariery.
- Po minięciu mety kłębiło mi się w głowie bardzo dużo myśli. Ostatnie tygodnie były bardzo trudne, byłem zniszczony psychicznie. Pojawiła się więc pewna zła myśl, którą miałem zdradzić w przypadku niepowodzenia. Za chwilę odbiorę złoty medal, więc zostanie ona ze mną - tajemniczo dodał Kolbowicz, dla którego były to czwarte igrzyska olimpijskie.
Po kilku chwilach Kolbowicz kontynuował opowieść o wrażeniach jakich dostarczył mu start w Pekinie i końcowy sukces.
- To byłby wielki obciach wrócić do domu z brązowym medalem. Już słyszę te pytanie - wiemy, że chciałeś złoty, ale zdobyłeś brąz, czy traktujesz to jako porażkę. Nie daliśmy jednak szans na zadanie takich pytań. A przecież nie ważne jakiego koloru krążek się zdobywa - do końca życia jest się medalistą olimpijskim. A że ja będę do końca życia złotym medalistą - to już trudno - puścił oko do tłumnie zgromadzonych dziennikarzy trzykrotny mistrz świata.
- Jeśli słyszy mnie Robert Sycz to mam tylko jedno do przekazania - Sikora, już jestem taki jak ty... w mordę i nożem - dodał po chwili. O medalu czwórki wagi lekkiej dowiedział się dopiero jak sam dotarł do finiszu. - Po minięciu linii mety patrzę, a Pawcik, mój przyjaciel najukochańszy, dynda mi czymś srebrnym przed oczami. Poczułem się wspaniale, że i jemu się udało.
Kolbowicz wyjawił sekret świetnie przespanej nocy przed finałowym startem.
- Po półfinale trzeba jak najpóźniej położyć spać, a następnie wcześnie wstać. Dzień musi być długi, ale spać nie wolno. Dzięki temu wieczorem przed finałem padasz jak długi. Usłyszałem pyk i zgasło mi światło. Obudziłem się na śniadanie całkowicie szczęśliwy - zdradził wioślarz.
Zawodnik był w doskonałym humorze. - Przewaga była tak duża, że 200 m do mety zacząłem szukać kamery żeby się do niej uśmiechać - żartował. - Wiem, że trochę się obijałem i mogliśmy popłynąć jeszcze szybciej - dodał. Przy okazji poskarżył się, że w wiosce olimpijskiej bardzo brakowało im telewizji.
- Apeluję do kochanych działaczy - Kajtek, jeśli mnie słyszysz, albo to przeczytasz - na następne igrzyska wstawcie do pokoi telewizory - poprosił na koniec szefa misji, byłego wioślarza Kajetana Broniewskiego.


