Potrzeba dobrej diagnozy - rozmowa z Krzysztofem Kaliszewskim, trenerem Anity Włodarczyk
autor: Polska Agencja Prasowa | 2011-09-04, 20:00 | źródło: PAP |
Krzysztof Kaliszewski, trener Anity Włodarczyk, która w mistrzostwach świata w Daegu zajęła piąte miejsce w rzucie młotem uważa, że zawodniczce potrzebna jest przede wszystkim odpowiednia diagnoza lekarska. - Ona nadal nie jest postawiona - powiedział PAP.
PAP: Piąte miejsce w mistrzostwach świata to pewnie nie jest to o czym pan marzył. Jest pan zatem zadowolony?
Krzysztof Kaliszewski: - Następne pytanie proszę. A tak poważnie, to piąta lokata, biorąc pod uwagę przygotowania i kłopoty zdrowotne Anity, nie jest zła. Bardzo nas w tym roku pech prześladował. Mogło być znacznie lepiej, ale nie było. Trudno. To już historia. Musimy się skoncentrować na przyszłorocznych igrzyskach, by w pełni zdrowia zrealizować okres przygotowawczy. Myślę, że wówczas będziemy bardziej zadowoleni po finale.
Na co pan liczył, przyjeżdżając w niedzielę na stadion? Wiadomo przecież było, że Anita nie jest w najwyższej formie.
- To jest sport. Trzeba mieć tutaj bardzo dużo szczęścia. My nie chcieliśmy tanio oddać skóry i tak się nie stało. Jak widać rywalki były bardzo mocne. Po pierwszych kolejkach towarzystwo się sparaliżowało, ale niestety i tak na medal trzeba było rzucić ponad 75 m. Tak jak to przypuszczaliśmy.
Włodarczyk była przygotowana na tak dalekie rzuty, czy bardziej miał pan nadzieję, że przeciwniczki będą w słabszej dyspozycji?
- Forma planowo szła w górę. Niestety, pech dopadł nas także w Korei. 27 sierpnia na obozie aklimatyzacyjnym w Geochang Anita znowu poczuła ból w plecach. Musieliśmy stawić temu czoła. Przyjeżdżając do Daegu byliśmy pełni optymizmu, bo na treningu rzuciła już 76,10.
Z perspektywy trybun rzucało się w oczy, że młot Włodarczyk lata znacznie niżej od sprzętu rywalek. Skąd to się bierze?
- W ostatnim czasie bardzo z tym walczyliśmy. Po pierwsze bierze się to z małej liczby oddanych rzutów i znikomej liczby startów. Niestety, Anita bardzo emocjonalnie przeżywa udział w zawodach i mocno się usztywnia. Stąd właśnie się bierze ten niski tor lotu młota. Do końca się nie kręci na nogach, próbuje coś zrobić rękoma, a to jest błąd. Te wszystkie czynniki spowodowały, że tutaj skończyło się na piątym miejscu. Ale to już historia, trzeba patrzeć do przodu.
Konkurs wygrała Rosjanka Tatiana Łysenko przed rekordzistką świata Niemką Betty Heidler. Zaskoczony pan jest takimi rozstrzygnięciami?
- Jestem zadowolony, że nie wygrała Niemka. Była za pewna siebie, a to w sporcie zawsze się mści. Mistrzostwa świata jak zwykle ułożyły swój scenariusz. Tylko szkoda, że Anity zabrakło na podium.
Czego najbardziej brakuje Włodarczyk, by za rok w igrzyskach znowu walczyć o medal?
- Zdrowia i odpowiedniej diagnozy lekarskiej. Ona nadal nie jest postawiona. Teraz jedziemy do Niemiec, by tam się skonsultować, co dalej z tym robić. Tego, co przeżyliśmy w tym roku, nie życzę nikomu. Są wzloty i upadki, ale ile można wytrzymać? Ciągłe kontuzje, ciągły ból. Człowiek w pewnym momencie ma już dosyć. Gdy zaczyna dobrze iść i ni stąd ni zowąd znowu uraz się pojawia.
Który moment był najgorszy?
- Ból, który pojawił się na obozie w Geochang wytrącił nas z równowagi. Szliśmy cały czas va banque. Chcieliśmy zaprezentować się z jak najlepszej strony i przede wszystkim utrzymać się w Klubie Londyn. Myślę, że to wywiera na polskich sportowcach jeszcze dodatkową presję. Teraz jest wielki znak zapytania jak i za ile będziemy szkoleni.
Piąte miejsce nie wystarczy, by się w nim utrzymać?
- Medale trzeba zdobywać. Niestety, całej naszej reprezentacji nie wyszło. Może ta presja była właśnie za duża? Po powrocie przyjdzie czas na ocenę i mam nadzieję, że Polski Związek Lekkiej Atletyki wyciągnie odpowiednie wnioski.


