Igrzyska w Londynie? Kto wie - rozmowa z Merlene Ottey, 50-letnią biegaczką
autor: Polska Agencja Prasowa | 2010-07-31, 18:32 | źródło: PAP |
Ma 50 lat, jednak nie wyobraża sobie życia bez rywalizacji i zamierza startować dalej. Urodzona na Jamajce, od paru lat reprezentująca Słowenię Marlene Ottey nie tylko myśli o przyszłorocznych mistrzostwach świata, ale i o igrzyskach.
PAP: Z czego czerpie pani motywację do biegania i trenowania?
Merlene Ottey: Talent nie pozwala mi przestać. Coś ciągle mnie pcha do przodu. Chcę więcej i więcej. Poza tym uwielbiam biegać, kocham rywalizację i związaną z tym adrenalinę.
Jakie ma pani zatem plany na przyszłość? W Barcelonie w mistrzostwach Europy wystartowała pani jedynie w sztafecie.
- Właśnie zakończyłam swój sezon, nie planuję więcej startów. Za chwilę muszę przecież rozpocząć przygotowania do kolejnego. W przyszłym roku są mistrzostwa świata w Korei Południowej i nie chcę ich opuścić, ale zobaczymy. jak się wszystko ułoży. Z pewnością nie młodnieję, a w moim wieku rok to już całkiem sporo.
Ma już pani w głowie igrzyska w Londynie za dwa lata?
- Kto wie... W tej chwili nie złożę żadnej deklaracji, bo to zbyt długa przestrzeń czasowa. Takie decyzje podejmuję z roku na rok, ale jedno w tej chwili wiem na pewno - chcę wystartować w 2011 roku w mistrzostwach świata w Daegu i wtedy powiem, co dalej.
Na Stadionie Olimpijskim w Barcelonie już pani startowała. W 1992 roku w letnich igrzyskach. Wróciły wspomnienia?
- Oj, tak. Nadal czuję się tu znakomicie. Jedyna chyba różnica, że jestem znacznie wolniejsza. Tego nie ukryję, niestety, ale mimo wszystko cieszę się, że mogę tu być.
Nie może pani spokojnie przejść do szatni. Nie dziwi panią zainteresowanie dziennikarzy?
- Nawet bardzo. Nie wiem, czego ode mnie chcecie. Przecież jestem tutaj jedną z wolniejszych zawodniczek. Ale dzięki wam czuję się fantastycznie, przynajmniej tak, jakbym wygrała jakiś bieg.
A może pani jeszcze szybciej biegać niż w tym sezonie?
- Pewnie. W tym roku nie miałam zbyt wiele czasu na przygotowania. Nabawiłam się kontuzji, z którą dosyć długo się zmagałam, dlatego z nadzieją czekam na przyszły sezon. Nadal czerpię z tego radość. Teraz nie są dla mnie najważniejsze medale, raczej walka z czasem.
Startowała pani w siedmiu kolejnych igrzyskach, zdobywając osiem medali. Które wspomina pani najczęściej?
- Chyba pierwsze, w Moskwie w 1980 roku. Przyjechałam jako mało znana zawodniczka, zero presji, zero wywiadów, zero zainteresowania. Sama nie wierzyłam w to, że mogę cokolwiek osiągnąć. Miałam 20 lat i moim marzeniem był sam start w igrzyskach. Gdy dotarłam do półfinału na 200 m, zaświeciła mi się lampka. Pomyślałam - a może by tak powalczyć o medal? I raptem ktoś znikąd staje na najniższym stopniu podium. Mój pierwszy krążek. Niesamowite uczucie.
Nie samym sportem człowiek żyje. Jakie ma pani zainteresowania poza bieżnią?
- Sztuka, muzyka, zwłaszcza jazz, ale sport to w sumie całe moje życie. W telewizji na okrągło coś leci - bez względu na dyscyplinę - koszykówka, piłka nożna, gimnastyka, podnoszenie ciężarów i konkurencje zimowe.
Jeździ pani na nartach?
- Broń Boże. Wystarczy mi kibicowanie przed ekranem. Uwielbiam oglądać rywalizację alpejczyków. Świetna jest też biegaczka narciarska Petra Majdic. Zaimponowała mi w Vanocouver, kiedy ze złamanymi żebrami sięgnęła po brązowy medal w sprincie.
Co robi pani poza trenowaniem?
- Prowadzę firmę. Dzięki temu, że jestem szefem, mogę pojawiać się w siedzibie tylko dwa razy w tygodniu i mam sporą swobodę. Poza tym dużo odpoczynku i... zakupów.
Z Barcelony - Marta Pietrewicz (PAP)



Zaloguj się aby dodać komentarz
Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.