Wkładam dużo serca w grę - rozmowa z Tomaszem Celejem, koszykarzem Znicza Jarosław

autor: Grzegorz Czech | 2009-06-03, 13:00 | źródło: inf.własna |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Skrzydłowy z Lublina w zakończonym sezonie 2008/09 był jednym z bardziej wyróżniających się koszykarzy w Polskiej Lidze Koszykówki i miał ogromny wpływ w utrzymanie swojego zespołu - Znicza Jarosław. Dla naszego portalu 31-letni zawodnik opowiedział nam o przebiegu swojej kariery, kolejnym sezonie spędzonym w Jarosławiu oraz o najbliższych planach.

Grzegorz Czech: Tomek, pierwsze kroki na parkietach koszykarskich stawiałeś w Lublinie. Powiedz kto pomógł ci rozwinąć skrzydła, kto ukierunkowywał cię w odpowiedni sposób?

Tomasz Celej: Myślę, że duży wpływ na początki mojej kariery miał trener Wojciech Paszek, u którego po raz pierwszy stawiałem koszykarskie kroki. Wspomniany szkoleniowiec do dziś trenuje młodzież w moim rodzinnym mieście.

Po dobrej grze w Starcie Lublin, postanowiłeś spróbować swoich sił u rywala zza miedzy w AZS Lubelski Węgiel, który występował w najwyższej klasie rozgrywek. Grając w drużynie "Akademików" nie spełniałeś jednak pokładanych w tobie nadziei. Wszystko jednak zmieniło się w ostatnim sezonie spędzonym w AZSie.

- Gdy przyszedłem do Lubelskiego Węgla wszystko układało się dobrze, nieźle prezentowałem się w sparingach przed sezonem, aż do dnia w którym doznałem kontuzji. Po wyleczeniu, gdy wróciłem do gry nie mogłem odnaleźć swojej właściwej formy, oprócz tego mój zespół doznał pięciu porażek z rzędu - co spowodowało, że trener przestał stawiać na młodych i więcej minut na parkiecie spędzali doświadczeni zawodnicy. Dopiero w trzecim sezonie w AZSie zacząłem grać tak jak należy.

No właśnie, pomimo dobrego sezonu w Lublinie ze średnią ponad 10. punktów, 5. zbiórek i 1 przechwytu nie zdołałeś wraz z kolegami uchronić drużyny przed spadkiem.

- Zgadza się, musieliśmy opuścić szeregi ekstraklasy. Graliśmy krajowym składem i niestety brakowało funduszy. Walczyliśmy z sercem jak tylko mogliśmy jednak nie udało się. Tak to niestety już jest, że sama wola walki nie wystarczy - bez pieniędzy nie da się nic zrobić.

W kolejnym sezonie Tomek Celej nadal postanowił grać w ekstraklasie i zdecydował się na grę w Unii Tarnów - jednak tam chyba nie było kolorowo?

- W Unii był podobny problem jak w Lublinie - nie było pieniędzy. Na początku miało być wszystko dobrze, jednak później pojawiły się jakieś wewnętrzne problemy. Została stworzona jakaś dziwna historia, że niby chcę to wszystko zniszczyć, a oprócz tego przy trenerze Konieckim nie mogłem zaistnieć. Gdy odszedł wspomniany trener zacząłem coraz więcej minut spędzać na parkiecie, prezentując się z meczu na mecz coraz lepiej. Początek pracy z trenerem Konieckim był dobry, jednak z czasem zostałem ostatnim zmiennikiem w drużynie. Po zwolnieniu szkoleniowca jak mówiłem wyżej wszystko się zmieniło, stałem się wartościowym graczem i zdecydowałem się pozostać tam na kolejny sezon.

Tomek w swojej karierze występowałeś również w niemieckim zespole TBB Trier. Co było powodem przenosin do sąsiadów z zachodu i co możesz powiedzieć o lidze niemieckiej?

- Chciałem spróbować czegoś innego, jednak zdecydowałem się ponownie powrócić do kraju. Każdy młody sportowiec wyjeżdżając za granicę musi wziąć pod uwagę ważny fakt, że tutaj w kraju zostawia wszystko - rodzinę, przyjaciół i pozostaje sam. Musi bardzo szybko musi do tego dojrzeć bo łatwo nie jest - ja nie mogłem sobie z tym poradzić. Po zakończeniu sezonu w Tarnowie miałem sporo propozycji z czołowych klubów z kraju, jednak problemu zdrowotne i leczenie do końca sierpnia spowodowały, że wyjechałem do Niemiec. Grałem u sąsiadów w drużynie w której miałem za zadanie oddawać sporo rzutów za trzy punkty i nic innego do mnie nie należało. Gdybym grał na takiej skuteczności z obwodu jak w Tarnowie pewno pozostał bym w Niemczech jeszcze z jeden, dwa sezony - niestety przy skuteczności 30procent podziękowano mi za pracę. Występując w ekipie Trier nie mogłem poradzić sobie z tym o czym wyżej mówiłem, mianowicie z samotnością, brakiem rodziny i myślę, że to miało właśnie decydujący wpływ na moją grę.

Zdecydowałeś się wrócić do kraju i to jak najbliżej rodziny, bo do Lublina. Tym razem jednak powróciłeś do swojego macierzystego klubu - Startu Lublin.

- Byłem bardzo szczęśliwy, że wróciłem do domu. Od samego początku było wszystko naprawdę super - systematyczne treningi, dobra gra z mojej strony, wszystko to sprawiło, że odbudowałem się psychicznie. Jednak ponownie doznałem poważnej kontuzji i sezon który spędziłem w Starcie wyglądał tak, że trzy dni grałem i trzy dni leczyłem kontuzje, dlatego też z powodu tej kontuzji nie mogłem się znacząco wybić.

Z Lublina na krótko przeniosłeś się do Koszalina a stamtąd bardzo szybko wyemigrowałeś na Węgry?

- Przyjeżdżając do Koszalina wszystko miało być cudownie, dość długo prowadziliśmy rozmowy, a sam trener Zyskowski bardzo chciał abym grał właśnie u niego. Jednak jak to w życiu bywa znów powstały jakieś dziwne problemy. Przyszło z Tarnowa kilku zawodników i powtórzyła się sytuacja. Po zwolnieniu szkoleniowca postanowiłem także zmienić otoczenie i wybrałem ofertę klubu z Węgier. Uważam, że była to znakomita decyzja i jedyne czego żałuje to, że nie zdecydowałem się na taki ruch wcześniej.

Powiedz mi jakie są najważniejsze różnice między ligą węgierską a polską?

- Myślę, że nie ma aż tak dużych różnic pomiędzy tymi obiema ligami. Jak i tu, tak i na Węgrzech grają dobrzy zawodnicy - ściągani są koszykarze z innych silniejszych lig, a także zza oceanu. Reasumując mogę powiedzieć tyle, że koszykówka jest na podobnym poziomie.

Grając przez trzy lata w obcym kraju na pewno musiałeś poznać bliżej kibiców, nowych kolegów, znajomych - jak wobec tego byłeś traktowany przez miejscową ludność, bo jak wiemy byłeś tam jednym z niewielu obcokrajowców.

- Można powiedzieć, że przetarłem szlak po dawnych polskich koszykarzach, którzy tam kiedyś grali - choćby trener Znicza - Dariusz Szczubiał. Myślę, że wszyscy byli zadowoleni z mojej postawy, ponieważ w pierwszym sezonie zdobywałem średnio ponad 15. punktów w meczu. W kolejnym sezonie było trochę problemów prawnych w mojej drużynie m.in. z budowa nowej hali, kontuzjami. Lecz jeśli chodzi o samych kibiców to myślę, że popularne przysłowie: "Polak, Węgier dwa bratanki" jak najbardziej opisuje sytuację panującą w relacji zawodnik-kibic. Sympatycy węgierskiego klubu na mecze swojej drużyny przychodzili ubrani w czerwone koszulki z biały orłem i niewątpliwie było to bardzo, ale to bardzo miłe. Myślę, że do tamtej pory były to prawie trzy najlepsze sezony spędzone na parkiecie i poza nim. Potrafiłem odblokować się psychicznie, a nie tak jak w Niemczech no i miałem zdecydowanie bliżej do domu bo tylko 600-700 kilometrów. Jednak dużą zasługę zadomowienia się na obczyźnie miała miejscowa ludność, która traktowała mnie jak członka rodziny. Do dziś mam ciągły kontakt z ludźmi z Węgier i zamierzam ich w najbliższym wolnym czasie odwiedzić.

Po trzech udanych sezonach na Węgrzech wraz z Markiem Miszczukiem przyszedłeś do Znicza Jarosław, aby pomóc w szybkim powrocie do Polskiej Ligi Koszykówki. Jak wiemy sztuka ta z małymi problemami z początku sezonu udała się. Czy ten powrót był spowodowany, że Tomek Celej chciał ponownie zaistnieć w polskiej koszykówce?

- Niewątpliwie tak. Prawda była taka, że wszyscy nie zwracali na mnie uwagi i tak to jest jak kogoś przez dłuższy czas nie ma to - o nim się zapomina. Dostaliśmy dobre propozycje od Włodarzy Znicza, Najpierw zdecydował się Marek, później całą sprawę pilotował Michał Sikora i wobec planów Znicza zdecydowałem się również na przenosiny. Faktycznie tak jak mówisz na początku było różnie, jednak z biegiem czasu i po zmianie trenera rozpędzaliśmy się i osiągnęliśmy zamierzony cel. Zwyciężyliśmy w I lidze i myślę, że wszyscy byli zadowoleni z tego co zrobiliśmy.

Przychodząc do Znicza wiedziałeś, że masz być tym zawodnikiem od którego będzie wiele zależało i że będziesz musiał brać ciężar gry na siebie - zdobywając jak największą ilość punktów?

- Przyjeżdżając do Jarosławia wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko i że wszyscy tu będą na mnie liczyć. Trochę się obawiałem - wiesz nie było mnie długo w kraju, nie znałem większości zawodników, ale chyba sobie poradziłem z tym - zostając najbardziej wartościowym zawodnikiem ligi, oraz zdobywając największą ilość punktów. Myślę, że ten pierwszy sezon w Zniczu był bardzo, bardzo udany - był jednym wielkim sukcesem. Jednak ten sukces to nie tylko moja zasługa ale wszystkich kolegów z drużyny którzy pomagali mi w zdobywaniu punktów. Ja tylko kończyłem akcje, które oni wypracowywali.

Po tak imponującym sezonie kibice Znicza chcieli w ekstraklasie ponownie widzieć takiego Tomka Celeja, jednak w PLK nie wyglądało to już tak imponująco. Co było tego powodem? Czy jest aż taka duża różnica pomiędzy tymi ligami?

- Wiesz I liga jest całkowicie inna ligą - są tu inni zawodnicy, gracze występujący na pozycji 4,5 są podobnego wzrostu co ja. Jednak największy wpływ na różnice ma taktyka. W I lidze mogłem sobie bezkarnie rzucać, pięć razy z tej samej akcji i nikt niczego nie zrobił, nikt niczego nie zmienił. W ekstraklasie nie ma takiej opcji. Jeśli jeden z zawodników zaczyna dostarczać dużą ilość punktów za wszelką cenę stara się go wyłączyć z gry. Wiesz nie jestem, aż takim wirtuozem koszykówki (śmiech) i gram tak jak przeciwnik pozwala. Staram się robić wszystko dobrze, a raz wychodzi lepiej, a raz gorzej. Jestem zawodnikiem, który wybiega po zasłonach i rzuca, nie zawsze się to w ekstraklasie udawało.

Tomek pomimo takich, a nie innych statystyk jesteś w Jarosławiu zawodnikiem darzonym ogromną sympatią. Jako przykład mogę ci podać fakt, że gdy kontuzjowany byłeś ty, Reynolds i Neltner - to o ile bez tych wspomnianych dwóch obcokrajowców kibice wyobrażali sobie kadrę Znicza to bez Celeja już nie. Musi to o czymś świadczyć?

- Cieszę się bardzo, zawsze miło jest usłyszeć coś takiego. Ja jestem normalnym człowiekiem, nie wywyższam się bo jestem graczem z ekstraklasy, po prostu mam taką pracę. Każdy z kibiców zawsze może do mnie podejść porozmawiać, pośmiać się. Bardzo szanuje kibiców, bo jeżeli grupa kilkunastu sympatyków jedzie za nami przez całą Polskę, dopinguje, wydaje swoje pieniądze czasem niemałe i na koniec musi czasem oglądać porażkę swojego zespołu - to jak można takich ludzi nie docenić. Nie mogę również zapomnieć o tak dużej liczbie sympatyków, którzy przychodzą na mecze na miejscu. Trzeba być tym wszystkim kibicom bardzo wdzięcznym i szanować ich, przecież zamiast się męczyć przez całą noc w busie mogli by leżeć w domu i nic nie robić. Ja całe życie byłem normalny i zawsze lubię porozmawiać z kibicami, bo wiem, że tego chcą. Zresztą fajnie jest na gorąco przeanalizować meczowe sytuacje i pogadać co było nie tak, a co było dobrze.

Zaufanie kibiców w stosunku do twojej osoby zostało również potwierdzone w plebiscytach, w których byłeś czołową postacią. Zostałeś najpopularniejszym sportowcem Jarosławia, dziesiątym sportowcem Podkarpacia, oraz trzecim sportowcem wśród czytelników Życia Podkarpackiego.

- Cóż mogę innego powiedzieć, cieszę się bardzo i to motywuje mnie do jeszcze większej pracy. W każdym meczu daje z siebie wszystko i wydaje mi się, że moja równa gra i właśnie taka postawa sprawiła, że kibice byli zadowoleni. Oprócz tego jestem człowiekiem kontaktowym i zawsze przy każdej okazji jeśli ktoś chce ze mną porozmawiać, chętnie to czynię.

Niejednokrotnie słyszałem na trybunach, że Celej to gość, który wkłada w grę serce.

- Pewnie jest w tych słowach prawda. Od najmłodszych lat jestem nauczony tak, że jeżeli coś robię to staram się robić tak jak najlepiej potrafię i na 100procent. Jeśli ma się coś robić i wkłada się w to serce to można osiągnąć sukces. Jeżeli zaś robi się to ot tak z musu to nie ma szans, aby zaistnieć. Pamiętać tylko musimy, że dla jednego słowo sukces oznacza taki, a nie inny cel, dla drugiego sukcesem może być coś znacznie więcej. Mogę obiecać moim kibicom, że dopóki będę grał w koszykówkę to zawsze będę chciał być wiodącą postacią, aby taką postacią być to - trzeba w to wkładać serce.

Twoimi największymi atutami są: motoryka, dynamika, szybki rzut po zasłonie za trzy punkty, lecz masz też jeden mankament - obrona. Co powiesz na ten temat?

- Widzisz w Polsce jestem uważany za średniego obrońcę na Węgrzech natomiast postrzegano mnie całkowicie odwrotnie. Nie będę się tutaj sprzeczał czy jestem taki czy inny. W I lidze niestety nie mogłem wszystkiego robić - nie dopuściłem nigdy także do sytuacji, że ja komuś rzuciłem 20 punktów a pilnowany przeze mnie przeciwnik rzucił 40. Staram się bardzo włączyć w obronie i podchodzę do tego ambicjonalnie, jednak na swoje usprawiedliwienie powiem tyle, że w wymianie ciosów z indywidualnym przeciwnikiem przeważnie jestem na plus (śmiech).

Przejdźmy może krótko do zakończonego sezonu i Znicza Jarosław. Co działo się złego z twoją drużyną na początku sezonu. Rozpoczęliście z wysokiego C wygraną z Wałbrzychem, wyjazdowe zwycięstwa w Koszalinie i Kwidzynie i później 10. porażek z rzędu.

- Prawie do samego końca rozgrywek nie byliśmy pewni czy przystąpimy do rozgrywek czy nie. Mieliśmy zbyt mało czasu na zgranie drużyny, bo jak wiemy nie jest to I liga tylko już ekstraklasa - do której trzeba się przygotować, zgrać zespół. Jeżeli powstaje nowy twór to musi trochę funkcjonować aby zaczął dobrze działać.

A jak ocenisz swoją postawę w sezonie 2008/2009?

- W tym sezonie było trochę więcej meczy w których nie zagrałem równo, jednak nie możemy zapomnieć o niektórych spotkaniach w których szło mi całkiem dobrze i mogłem w dużej mierze pomóc drużynie. Nie będę ukrywał, że w niektórych meczach zawiodłem, jedynie na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tyle, że występowałem po kontuzji nie trenując przeszło ponad tydzień. Właśnie w dwóch meczach zdobyłem w sumie 2 punkty i były to mecze tuż po kontuzji, jednak bardzo chciałem zagrać i pomóc drużynie.

Pomimo wielu kłopotów organizacyjnych, zapewne i finansowych udało wam się w ostatniej chwili zapewnić utrzymanie. Jest to niewątpliwie ogromny sukces dla takiego klubu, tuż po spadku - awans i zapewniony byt na przyszły sezon.

- Myślę, że można to w pewnym sensie nazwać sukcesem. Powiedziałem tak dlatego, ponieważ wszyscy, którzy byli blisko tego klubu wiedzą o co mi chodzi i docenią to, że utrzymanie było dla nas sukcesem. Dla Znicza jest to na pewno krok w przód. Patrząc na globalny kryzys i na wytyczne PLK mam nadzieję, że na przyszły sezon znajdą się sponsorzy i będzie to wyglądało inaczej jak w tym roku.

Skoro poruszyłeś kwestie finansowe. To powiedz mi czy po problemach kilku klubów, które nie przystąpiły do rozgrywek i w obecnej fazie kryzysu podniesienie wymagań PLK do 2. mln nie będzie zabójcze dla niektórych klubów?

- Niewątpliwie podniesienie gwarancji jest ukłonem w stronę zawodników, dla ludzi których koszykówka jest zarabianiem pieniędzy na życie. Każdy za swoją wykonaną pracę chce dostać 100procent wypłaty a nie tylko połowę. My jako zawodnicy możemy się z tego cieszyć, jednak niepokojące jest to, że skoro kluby nie będą miały to my niestety też nie i nie będzie rozgrywek.

Czy pomimo tych różnych kłopotów widzisz siebie w drużynie Znicza Jarosław w przyszłym sezonie?

- Jeżeli wszystkie znaki na ziemni i na niebie pozwolą na to, że Znicz przystąpi do rozgrywek - to chciałbym bardzo zostać, a co będzie okaże się w przyszłości. Zobaczymy kto będzie trenerem, czy Dariusz Szczubiał zostanie - czy klub zostanie, bo jak wiemy wszystko uzależnione jest od finansów. Niewątpliwie chciałbym pozostać w Zniczu Jarosław.

Chciałbyś pozostać w Zniczu, lecz coraz głośniej mówi się o tym, że powrócisz do swojego macierzystego klubu...

- Z drużyną Startu Lublin prowadzę jak na razie wstępne rozmowy, zresztą tak jak ze Zniczem i decyzji na razie nie podjąłem, wszystko wyjaśni się z czasem.

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Powiązane artykuły

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.

Ostatnie komentarze

Sortuj:
enter

No wszystko jest piekne tylko przez władze PLK wszystko się wszedzie po malutku konczy. Tomek trzymaj sie

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
Johny

Tomek Celej i jego 3 w Unii Tarnów to byly fajne czasy mielismy druzyne na ktora sie szlo i bylo pewne ze emocji bedzie sporo..pamietam mecz i prezentacje z nowo zamontowanymi laserami jak zawodnicy wybiegali do prezentacji ;> pieknie wtedy bylo Celej i reszta bandy.. szkoda ze to sie rozpadlo bo ludzie biegli po zuzlu na koszykowke..
Powodzenia zycze sympatyczny zawodnik..

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
kibic

Tomek, dzieki za rozmowy po meczach, zrozumienie, i za to ze jestes spoko gosciem i przede wszystkim szczerym. moze sie uda i zostaniesz u nas, jesli nie, to ja na pewno będę za wsze Tobie kibicował.pozdr

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
max

Dziekujemy TOMEK !!!! Zostan z nami !!!Zniczowi ciężko będzie dać rade przez te chore wymysły L......... i reszty ale wierzymy do końca !!!Wielki Szacun i Pozdrowienia !!!Tomek Celej Tomek !!!!!!!

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
lolo

Tomek to jest zawodnik. na dobre i na złe zawsze cciał dobrze dla Znicza. Nawet po kontuzjach jak nie musiał grać wychodził na parkiet na własne życzenie.

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
gris

Tomek zostań w Zniczu, będzie dobrze. Pozdrawiam

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0
jh

Tomek nigdy Cie nie zapomne jak wygrywales mecze dla Unii. Świetną miałeś wtedy miare. Chciałbym Cie kiedys jeszcze zobaczyc na zywo

| Odpowiedz
Oceń: Nie lubię Anuluj 0