Po trzecie złoto w zmienionym składzie - rozmowa z Markiem Plochem, twórcą sukcesów chińskich kanadyjkarzy

autor: Polska Agencja Prasowa | 2008-11-21, 11:54 | źródło: PAP |

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Marek Ploch jest twórcą sukcesów chińskich kanadyjkarzy Meng Guanlianga i Yang Wenjuna. W igrzyskach w Atenach i Pekinie zdobyli złote medale olimpijskie w konkurencji C2 500 metrów. W Londynie polski szkoleniowiec chce sięgnąć po trzecie złoto, ale już w innym kraju.

PAP: Czy tercet Marek Ploch - Meng Guanliang - Yang Wenjun ma motywację, aby walczyć o trzecie olimpijskie złoto?

Marek Ploch: 31-letni Meng definitywnie zakończył karierę sportową, zaś sześć lat młodszy Yang studiuje prawo i intensywnie uczy się języka angielskiego. Niebawem odbędzie się długo oczekiwane przyjęcie weselne w jego rodzinnym mieście Nanchang, stolicy prowincji Jiangxi. Obiecał swojej wybrance, że po pekińskich igrzyskach zorganizuje królewski ślub. Bawić się będzie kilkaset osób, w tym wiele sportowych sław, biznesmenów i polityków.

Będzie musiał pan budować nową dwójkę?

- W Londynie w 2012 roku Yang będzie miał 31 lat, co w przypadku kanadyjkarza nie jest żadną starością. Myślę, że odpocznie dwa sezony, a potem może da się namówić na trzecie złoto.

Pana zawodnicy są bogatymi ludźmi, więc czynnik finansowy nie wchodzi w grę.

- Za zwycięstwo w Pekinie rząd Chin wypłacał nagrodę w wysokości 50 tysięcy dolarów. Natomiast poszczególne prowincje obdarowują dodatkowo swoich medalistów domami, samochodami i gotówką. Tu są dziwaczne obyczaje. Podam taki przykład: przygotowywali się razem przez wiele miesięcy, młodszy Yang jest dużo szybszy w jedynce, ale nagród sporo więcej zebrał Meng. Dlatego, że bogatsze prowincje są w stanie dać więcej sportowcom. Mówili mi, że zebrali na "głowę" po około 400-500 tys. dol. Podobnie było w innych dyscyplinach sportu w Chinach.

Panu też tak świetnie powodzi się w Chinach?

- Moi zawodnicy są ustawieni finansowo, a ja będę musiał jeszcze długo pracować. Kajakarstwo to nie gry zespołowe. Nagrody za złote medale są tłuste, ale dla zawodników, a nie trenerów. Sukces ma wielu ojców szczególnie w komunistycznych Chinach, gdzie trzeba wszystkich obdzielić równo. I nie zostaje wiele dla mnie - trenera-najemnika. Mam 49 lat i jeśli zdrowie dopisze chciałbym "obskoczyć" ze dwie olimpiady. Uwielbiam to co robię, a dodatkowo za to mi płacą. Życzę każdemu podobnego komfortu.

Jak wygląda skoszarowanie reprezentacji Chin w kajakarstwie?

- Zawodnicy są ze sobą przez cały rok. Sporadycznie mogą zobaczyć rodziny, ale z reguły nie trwa to dłużej niż dwa dni. Muszą oczywiście otrzymać zgodę trenera na wyjazd. Na przykład kilkakrotnie żona Menga przyjeżdżała z małym synkiem w odwiedziny. Chińczycy od dziecka wychowani są w dyscyplinie, która dla nas jest nie do przyjęcia. W pogoni za trofeami poświęcają się w stu procentach galerniczej pracy. Przez pięć lat mojego pobytu tylko kilku zdecydowało się na inny styl życia. Było też paru zagranicznych szkoleniowców, którzy próbowali "zmiękczyć" ten system, jednak zostali ostro skrytykowani.

Moja grupa kanadyjkarzy trenuje dwa razy dziennie, z jednym dniem wolnym w tygodniu, lecz bardziej intensywnie od kajakarzy. Ufają mi w pełni. W ogóle to normalni ludzie, uczą się w systemie zaocznym, nauczyłem paru komunikować się w języku angielskim, czytają, słuchają muzyki, wędkują.

Łowienie ryb to też od wielu lat pana pasja.

- Wędkuję kiedy tylko mam czas. Ale ostatnio byłem na rybach kilka miesięcy temu. Mam takie marzenie na stare lata: mały domek przy jeziorze, gdzie będę siedział na rybkach i wspominał wiele wygranych regat. Co do moich okazów, trochę ich jest. W 1997 roku w okolicach kanadyjskiego miasta Regina złowiłem szczupaka o długości 110 cm. Największy łosoś ważył 18 kg, a biały amur, którego złowiłem w Teheranie, miał 12 kg.

Wspomniał pan o Iranie. Pracował pan jako trener w tym kraju, a także Australii, zaraz po igrzyskach olimpijskich w Atenach.

- Widziałem cały świat, ale Australia zawsze pozostanie w pamięci jako jedno z najpiękniejszych miejsc. Żyje się na luzie, w krótkich spodenkach i z deską surfingową na bagażniku samochodu. Niestety, system jest zupełnie inny od europejskiego, w Ameryce Północnej czy Azji.

Byłem odpowiedzialny za kadrę kobiet. Panie przychodziły ze swoimi trenerami, mężami, narzeczonymi, którzy przed każdymi zajęciami próbowali przekonać mnie do ich cudownych metod. Zawodniczki uczyły się i pracowały na pełnych etatach. Treningi były o godz. 5 rano, przed pójściem do pracy, jeszcze w ciemnościach. Zaś drugi o 17. Połowa z kadrowiczek mieszkała po drugiej stronie tego wielkiego kraju, więc mogłem się kontaktować tylko telefonicznie lub pocztą elektroniczną. Wspólnie trenowaliśmy jedynie miesiąc w całym sezonie. Dlatego z tego zrezygnowałem. Irańczycy, kiedy dowiedzieli się, że jestem do "wzięcia", zaproponowali stawkę większą od Chińczyków. Trenowałem początkujących zawodników, bo kanadyjki dopiero tam się zaczynają. Było super - duże pieniądze, mało pracy i wiele czasu na wędkowanie. Byłem w Teheranie pół roku, zanim wróciłem do Chin.

Oceń: Nie lubię Anuluj ()
| Drukuj

Powiązane artykuły

Dodaj swój komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz

Komentarze dodawać mogą tylko użytkownicy zalogowani. Jeśli nie masz jeszcze konta zarejestruj się. Zajmie to pół minuty.


Dowiedz się jak umieszczać linki do tagów, pogrubiać tekst, itp.