EURO 2008: O stadionach, pogodzie i sędziach...
autor: Polska Agencja Prasowa | 2008-06-30, 14:16 | źródło: PAP |
Piłkarskie mistrzostwa Europy w Austrii i Szwajcarii powoli przechodzą do historii. Jak każda wielka impreza miały swoich bohaterów, ale i przegranych. Jak każde wyróżniały się na tle wcześniejszych, pod pewnymi względami były wyjątkowe.
Koniec turnieju w alpejskich krajach oznacza zarazem oficjalny początek przygotowań do kolejnego mistrzostw, które odbędą się w Polsce i na Ukrainie latem 2012 roku.
Powierzając prawo organizacji EURO 2008 Austrii i Szwajcarii UEFA poszła po najmniejszej linii oporu. Infrastruktura transportowa i hotelowa były już gotowe i to na najwyższym poziomie, wystarczyło zadbać o stadiony.
Obiekty, które przygotowali Austriacy, z wyjątkiem wiedeńskiego Ernst-Happel-Stadion, były jedyne w swoim rodzaju, bo jeszcze nie opadł kurz po meczach, a już przystąpiono do demontażu części trybun. W Innsbrucku i Klagenfurcie ubędzie połowa, w Salzburgu w ostatniej chwili zdecydowano się pozostawić 30 tysięcy miejsc.
Zmniejszy się również pojemność stadionu w Bazylei. Konieczność "sztukowania" trybun wywoływała w obserwatorach i kibicach wrażenie sztuczności oraz tymczasowości, a także rodziła pytanie, czy było warto...
Zupełnie inna sytuacja jest w Polsce i na Ukrainie - w obu krajach na budowę czekają nie tylko stadiony, ale i drogi, hotele oraz lotniska. Mimo tego oba kraje słyną z miłości do piłki i turniej będzie tu na pewno wielkim świętem futbolu.
Włodarze UEFA muszą sobie po EURO 2008 odpowiedzieć na pytanie, czy warto organizować wielkie imprezy w krajach "niepiłkarskich". Austriacy i Szwajcarzy byli mili, starali się ugościć i zaspokoić wszystkie potrzeby przybyszów z zagranicy, ale nie potrafili stworzyć atmosfery sportowego festiwalu. Im dłużej trwał turniej, tym większe było ich zniecierpliwienie, kiedy wreszcie się skończy i będą mogli wrócić do swojego beztroskiego i dostatniego żywota.
Z drugiej strony mogli odetchnąć z ulgą z powodu niemal zupełnego braku chuligańskich wybryków, w czym zapewne spora zasługa dobrej organizacji, jak i samych kibiców.
Można zaryzykować stwierdzenie, że austriacko szwajcarscy organizatorzy przygotowali jednak dwie imprezy - jedną dla kibiców (z FanZonami, FanCampami i FanShopami), a drugą dla zaproszonych gości, czyli VIP-ów i sponsorów.
Obie praktycznie się nie przenikały, środowiska były szczelnie oddzielone. Po stadionach krążyły niezliczone liczby sponsorskich wycieczek, a dochody z tzw. corporate hospitality w ciągu czterech lat wzrosły więcej niż czterokrotnie. Po rozprowadzeniu 80 tys. pakietów obejmujących m. in. zakwaterowanie w najbardziej ekskluzywnych hotelach, najlepsze miejsca na stadionie, obsługę cateringową i specjalny program towarzyszący (np. zwiedzanie miasta) do kasy UEFA trafiło 130 milionów euro. Takiego klienta trzeba szanować.
Jak Austria zadziwiła stadionami, które wkrótce znacznie się zmniejszą, tak Szwajcaria... deszczem. Wiele z 15 meczów w tym kraju, szczególnie w Bazylei, toczyło się trudnych warunkach, a podczas spotkania gospodarzy z Turcją piłkarze po kostki taplali się w wodzie, która nieraz reżyserowała wydarzenia na boisku. W Austrii tylko półfinał Hiszpania - Rosja toczył się przy padającym deszczu.
Austrię i Szwajcarię dzieliła pogoda, a połączył poziom sportowy. Tylko raz w historii - w 2000 roku - zdarzyło, by zespół gospodarzy nie przebrnął pierwszej rundy. Wówczas szybko odpadła z turnieju Belgia, ale Holandia dotarła do półfinału. Tym razem obie ekipy pożegnały się z imprezą jako jedne z pierwszych.
Obie w nieoficjalnej tabeli wyprzedziły jednak Grecję. Niespodziewani obrońcy trofeum wypadli najgorzej, jako jedyni wrócili do domu po trzech porażkach. Bilans bramkowy: 1-5.
Grecy w przeciwieństwie do kilku innych drużyn nie mogli nawet szukać usprawiedliwienia w sędziowskich pomyłkach, których, zwłaszcza w pierwszej fazie turnieju, nie brakowało.
Wystarczy wymienić nazwiska Howarda Webba (Austria - Polska), Toma Henninga Ovrebo (Włochy - Rumunia), Manuela Mejuto Gonzaleza (Austria - Niemcy), Pietera Vinka (Hiszpania - Szwecja) czy Petera Fjoerdfeldta (Niemcy - Portugalia). Sporo do życzenia pozostawiała także sygnalizacja pozycji spalonej przez sędziów-asystentów, choć zadania nikt im zazdrościć nie może. UEFA tradycyjnie brała arbitrów wszystkich w obronę, choć Webb i Ovrebo sami przyznali się do błędów.
Bezbłędny był podczas trzytygodniowego turnieju najstarszy ze szkoleniowców, prawie 70-letni Luis Aragones, który doprowadził Hiszpanów do tytułu mistrzowskiego. Jego sukces tylko uwypukla słaby dorobek młodych trenerskich "wilczków", a byłych znakomitych piłkarzy, jak Holender Marco van Basten, Włoch Roberto Donadoni czy Chorwat Slaven Bilic, który jedyny z tego grona będzie kontynuował pracę z reprezentacją. Wszyscy wrócili do domu po ćwierćfinałach, a ambicje mieli zdecydowanie większe.
Inny charakterystyczny element zakończonego w niedzielę turnieju, to rezygnacja z okazywania radości strzelców niektórych bramek. Urodzony w Gliwicach, ale grający dla Niemiec Lukas Podolski nie cieszył się pokonując dwukrotnie Artura Boruca w meczu z Polską, a z poważną miną gola w meczu przeciw krajowi przodków - Turcji - przyjął Szwajcar Hakan Yakin.
Wyjątkowe były to mistrzostwa Europy także dlatego, że choć w ocenie szefa UEFA Michela Platiniego świetnie zorganizowane i stojące na bardzo wysokim poziomie sportowym, to jednak nie najlepsze w historii, jak zwykle mawiali jego poprzednicy podsumowując imprezę.


