Kamil Kołsut: Żegnaj, Leo!
autor: Kamil Kołsut | 2008-06-29, 18:51 | źródło: inf. własna |
Kolejny wielki turniej dobiega końca. Dla nas ostatni gwizdek zabrzmiał dużo wcześniej, okres rozliczeniowy między Bugiem i Odrą trwa więc w najlepsze. Najwyższy czas wystawić odpowiednie cenzurki i wręczyć adekwatne do nich nagrody personom odpowiedzialnym za wątpliwej jakości popisy biało-czerwonych na austriackich boiskach.
Do osoby Leo Beenhakkera zawsze nastawiony byłem sceptycznie. Udany przywódca, świetny motywator, niezły taktyk i wątpliwej klasy człowiek, z góry traktujący niższe piłkarskie kultury. Do Polski przychodził w glorii zbawcy, a na piedestał wysunął go wspaniały mecz z Portugalią na śląskim gigancie, który poprzedziły jednak co najmniej trzy występy absolutnie niezadowalające (Dania, Finlandia i Kazachstan). Efekt "nowej miotły" w polskiej kadrze kumulował się wraz z upływem czasu, a absolutne apogeum nastąpiło pamiętnej jesieni, kiedy to gracze natchnieni nowatorskimi metodami Holendra roznieśli w proch i pył czwartą drużynę świata.
Z czasem czar nowości zaczął jednak mijać, a boiskowa postawa biało-czerwonych ulegała stopniowej degrengoladzie (męczarnie za Kaukazem). Kolejny impuls do wytężonej pracy dał Polakom dopiero lizboński cud i boska nóżka Jacka Krzynówka, a fala euforii po niespodziewanym remisie pozwoliła biało-czerwonym szczęśliwie dobić do wyśnionego brzegu eliminacyjnych zmagań. Już wówczas Leo regularnie szokował opinię publiczną stosem mniej lub bardziej udanych kadrowych decyzji, które w stosunku do zdrowego rozsądku zwykły stawać w zdecydowanej opozycji. Teraz, po turniejowej klapie, czas zwinąć ochronny parasol, bezpardonowo wytknąć Beenhakkerowi wszystkie rażące błędy i wyciągnąć odpowiednie konsekwencje.
Koniec przymykania oka na angaże kolejnych wątpliwej jakości holenderskich współpracowników za astronomiczne sumy! Mike Lindemann zawiódł kompletnie, a Polacy pod względem fizycznym do turnieju przygotowani zostali w sposób kompromitujący (nie wspominam wytrzymałości, ale dynamikę). Finalnie faktyczny dorobek Leo okazał się gorszy od poprzedników - Jerzego Engela i Pawła Janasa - którzy mistrzostwa potrafili zakończyć honorowym zwycięstwem. W dodatku skład reprezentacji Polski był niemal identyczny do tego, który Janosik zabrał przed dwoma laty na Weltmeisterschaft. Leo nie przeprowadził więc zapowiadanego wietrzenia składu i nie mamy żadnej gwarancji, że uczyni to teraz, kiedy kadrowa rewolucja jest absolutnie niezbędna.
Na wzmożoną uwagę zasługuje też fakt nieustannego tasowania ustawieniem polskiej defensywy podczas austriackich zawodów. Holender nie zadbał w porę o znalezienie odpowiedniej alternatywy dla Grzegorza Bronowickiego, a w eksperymenty postanowił bawić się podczas turnieju, poddając tym samym w wątpliwość sens rozgrywania spotkań towarzyskich. Leo w dodatku bezczelnie dokooptował do narodowej drużyny Rogera Guerreiro, przekraczając tym samym granicę dzielącą cwaniactwo od oszustwa. Fakt, Brazylijczyk okazał się realnym wzmocnieniem biało-czerwonych, ale ruch ten ustawił nas w jednej linii z przedstawicielami tak wysoko rozwiniętych piłkarskich kultur jak Katar czy Azerbejdżan, które to masowo korzystają z pomocy naturalizowanych obcokrajowców.
Proponuję więc definitywnie wyjść z drewnianego pudełka, przejrzeć na oczy i realnie ocenić przydatność Beenhakkera na selekcjonerskim stanowisku. Fakt, Holender w czasie eliminacji sprezentował nam kilka niepowtarzalnych momentów. Chwil wyższości, triumfu i uniesienia. Odkrył dla kadry paru ciekawych graczy. Nauczył zawodników odwagi i wiary we własne możliwości. Odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że więcej już z tej drużyny nie wyciśnie, a jego motywacyjne techniki, które niejednokrotnie wznosiły naszych przeciętnych kopaczy na futbolowe wyżyny, uległy nieodwracalnemu wyczerpaniu.
Mistrzostwa Europy udowodniły, że czas selekcjonerskiej pracy Beenhakkera między Bugiem i Odrą winien dobiec końca. Mimo klęski (nie bójmy się dużych słów) wiekowy Holender wciąż ma usta pełne nic nie wartych frazesów, spogląda na Polaków z góry i bawi się w narodowego proroka. Radosny styl bycia i zaproszenia 'na jasną stronę księżyca' oraz niechęć do nieustannie krytykujących Holendra rodzimych szkoleniowców sprawiają jednak, że Leo wciąż cieszy się miażdżącym poparciem społecznym. Czasem dla własnego dobra trzeba jednak umieć podejmować decyzje niepopularne. I odwagi do takich właśnie działań Michałowi Listkiewiczowi na finiszu jego prezesowskiej kadencji serdecznie życzę.


